Tkaczyński: Polsce nie opłaca się nowy system głosowania w Radzie UE

Pamiętacie jeszcze hasło Jana Rokity "Nicea albo śmierć"? Od jutra zacznie obowiązywać system, przeciwko któremu polski rząd walczył w 2007 roku podczas negocjacji nad Traktatem z Lizbony. Chodzi o nowe zasady głosowania w głównym organie decyzyjnym Unii Europejskiej, czyli Radzie UE. Po siedmiu latach w polskiej ocenie tych zapisów nic się nie zmieniło. - Nowy system po prostu nam się nie opłaca - komentuje prof. Jan Tkaczyński z Instytutu Europeistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Interia: Od 1 listopada w Radzie Unii Europejskiej będzie obowiązywał nowy system głosowania. Na czym polegają zmiany?

Reklama

Prof. dr hab. Jan Wiktor Tkaczyński, kierownik Katedry Systemu Politycznego UE w Instytucie Europeistyki na Uniwersytecie Jagiellońskim: - Do dziś obowiązywał tzw. system nicejski oparty o głosy ważone przyznane poszczególnym państwom członkowskim UE (przykładowo Niemcom, Francji, Wielkiej Brytanii i Włochom przyznano po 29 głosów, Polsce oraz Hiszpanii po 27). Po 1 listopada będzie obowiązywał system podwójnej większości: do podjęcia decyzji potrzebne będzie poparcie co najmniej 55 proc. liczby państw członkowskich i reprezentujących co najmniej 65 proc. ludności UE. To w przypadku propozycji Komisji Europejskiej. Jeśli decyzja nie zapada jednak na tej podstawie, a na wniosek grupy państw członkowskich, to konieczna będzie większość co najmniej 72 proc. państw członkowskich reprezentujących co najmniej 65 proc. ludności.

Od czego zależała liczba głosów przypadająca na konkretne państwo?

- Teoretycznie miała ona odpowiadać potencjałowi demograficznemu państwa, jednak ostatecznie górę wzięły polityczne targi, podczas których zdecydowano, kto ile otrzyma. Stąd dla przykładu Niemcy, kraj o największym potencjale demograficznym otrzymały tyle samo głosów co Francja, Włochy i Wielka Brytania. Dlatego dziś liczba głosów nie jest odzwierciedleniem ani rzeczywistej liczby mieszkańców, ani też skali potencjału demograficznego państw członkowskich w porównaniu.

Jak zmiany w określaniu kwalifikowanej większości w Radzie UE wpłyną na pozycję Polski?

- Ponieważ w nowym systemie siła głosu jeszcze bardziej zależy od liczby ludności, stracą przede wszystkim mniejsze kraje. Blokowanie procesu ustawodawczego będzie znacznie trudniejsze. To oczywiście nie opłaca się Polsce. Nie będzie to dramatycznie niekorzystne, ale z pewnością utrudni zabieganie o przeforsowanie polskich interesów.

Trudniej będzie stworzyć tzw. mniejszość blokującą.

- Tak, proces poszukiwania sojuszników wśród państw, których racja stanu może być podobna do naszej, będzie trudniejszy; trzeba będzie ich po prostu znaleźć teraz więcej.

Jednak nie będzie aż tak źle, jak prognozował Jan Rokita, który chciał w 2007 roku umierać za Niceę?

- Niewątpliwie nowy system jest z naszego punktu widzenia mniej korzystny niż nicejski, ale pamiętajmy, że do marca 2017 będzie obowiązywał tzw. okres przejściowy, w którym każde państwo członkowskie może zażądać, by głosowanie w Radzie UE odbyło się jeszcze na starych zasadach. To w pewnym sensie ułatwi Polsce odnalezienie się w nowej rzeczywistości i przygotowanie do szukania sojuszników, o których - co smutne - nadal nie umiemy zabiegać. Dobitnie dowiodła tego tzw. dyrektywa wódczana, przy okazji której Polsce nie udało się znaleźć sojuszników do walki o to, by produkcja wódki ograniczała się tylko do zboża i ziemniaków.

W 2007 roku udało się wynegocjować jeszcze tzw. "kompromis z Joaniny", dzięki któremu państwo członkowskie będzie mogło zwlekać z decyzją przez "rozsądny czas". Czyli jak długo?

- "Rozsądny czas" na europejskich salonach to pojęcie, które oznacza, że nie trzeba podejmować decyzji z dnia na dzień, ale jednocześnie nakłada wymóg dość krótkiej perspektywy czasowej. Jak każde nieostre pojęcie polityczne wymaga definicji, a o nią - wbrew pozorom - nie zawsze jest łatwo.

Jak często dochodzi w Radzie UE do głosowania przy pomocy większości kwalifikowanej? Wydaje się, że w większości przypadków decyzja podejmowana jest na zasadzie porozumienia i do głosowania dochodzi rzadko. W efekcie, gdy interesy Polski mogą być zagrożone, nie powinno być takich sytuacji wiele?

- Rzeczywiście samo głosowanie jest formalnością. Skupiając uwagę na rozwiązaniach prawnych, zapominamy często o politycznych. Istotą UE - co w Polsce nagminnie się pomija - jest "docieranie" wyjściowych stanowisk krajów członkowskich tak długo, aż zostanie wypracowana formuła, która zadowoli może nie wszystkich, ale przynajmniej większość.

Tak jak było przed tygodniem z kompromisem klimatycznym, gdy zadaniem liderów, którzy zjechali na szczyt do Brukseli, było w zasadzie jedynie oficjalne zamknięcie tego, co wcześniej wynegocjowali eksperci.

- Dokładnie tak. Choć przy okazji rozmów na temat polityki klimatycznej warto zwrócić uwagę na jeszcze jedną kwestię, o której w Polsce również trochę zapominamy: pomimo 10 lat w Unii nadal jesteśmy jej świeżym członkiem i nie do końca orientujemy się w zakulisowych mechanizmach podejmowania decyzji. Problemem Polski jest to, że wciąż brakuje nam kompetentnych fachowców przygotowanych do prowadzenia tego typu szczegółowych, technicznych rozmów.

Od 1 listopada siła głosu w Radzie UE jeszcze bardziej będzie zależeć od liczby ludności. Najbardziej zyskają na tym najludniejsze Niemcy. Już teraz Berlin odgrywa w UE kluczową rolę. Czy to nie paradoks, że UE, która powstała, by mieć Niemcy pod kontrolą, teraz będzie przez Niemcy kontrolowana?

- Po pierwsze, musimy się zdecydować - czy jako państwo jesteśmy w stanie samodzielnie stawić czoła globalnym wyzwaniom? W mojej ocenie - nie. Nawet jeśli nie zakończy się to porażką, to z pewnością przyniesie poważne straty. Czas dzisiejszy nie jest bowiem czasem na grę w pojedynkę, a już na pewno nie dla takich państw jak Polska.

- Po drugie, musimy mieć świadomość, od kogo pochodzą pieniądze, za które budujemy u siebie np. nowe drogi. Udział Niemców, najliczniejszego kraju UE, we wpłatach do unijnego budżetu wynosi rocznie od 22 do 24 proc., czyli mniej więcej co piąte euro pochodzące z Brukseli jest "made in Germany". Nie możemy jedną ręką brać, a drugą potrząsać i oburzać się na silną pozycję Niemiec.

- Po trzecie i najważniejsze, nic nie wskazuje na to, aby Niemcy chciały w chwili obecnej narzucić UE swoją kontrolę. Jeżeli już, to bardziej chodzi o wprowadzenie mechanizmów kontrolnych, zwłaszcza w sektorze finansowym. To zrozumiałe jednak, jeśli przypomnieć, czym kilka lat temu skończył się brak takiej kontroli w przypadku pomocy unijnej dla Grecji. Dlatego dziś Niemcy dmuchają na zimne.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje