Fala krytyki pod adresem antyimigracyjnego dekretu Trumpa

Do coraz liczniejszej grupy krytyków w Stanach Zjednoczonych i na świecie antyimigracyjnego dekretu prezydenta USA Donalda Trumpa przyłączył się były prezydent Barack Obama oraz wielu kongresmenów, w tym także wpływowi senatorowie z Partii Republikańskiej.

Zgodnie z komunikatem wydanym w poniedziałek przez rzecznika Obamy Kevina Lewisa, były prezydent, łamiąc niepisaną zasadę, że były przywódca nie ocenia publicznie swojego następcy (przynajmniej w pierwszych tygodniach sprawowania przez niego władzy), oświadczył: "Sprzeciwiamy się jakimkolwiek formom dyskryminacji jednostek z powodu wyznania czy religii". Dodał, że w sytuacji, gdy amerykańskie wartości są zagrożone, oczekuje się, iż obywatele będą korzystać ze swojego konstytucyjnego prawa do zgromadzeń i wyrażania własnych poglądów.

Koniec "miesiąca miodowego"

Reklama

Także mianowana w 2015 roku przez Obamę p.o. prokuratora generalnego Sally Yates poinstruowała prawników ministerstwa sprawiedliwości, aby nie występowali w sądach w obronie dekretu Trumpa. "Nie jestem przekonana, że rozporządzenie wykonawcze jest zgodne z prawem" - uzasadniła swoje polecenie Yates.

Po objęciu urzędu Trump poprosił Yates, by kierowała ministerstwem sprawiedliwości do czasu zatwierdzenia przez Senat na to stanowisko nominowanego przez niego Jeffersona Sessionsa.

Jednak nominacja Sessionsa, oskarżanego przez Demokratów o uprzedzenia rasowe, spotkała się z poważnym oporem przedstawicieli Partii Demokratycznej w Senacie i nadal czeka na zatwierdzenie.

Dodatkowo przeciwnicy nominacji Sessionsa podejrzewają, że miał on swój udział w przygotowaniu projektu dekretu Trumpa o wstrzymaniu imigracji z państw zamieszkiwanych przez muzułmańską większość. Takie podejrzenia gwarantują dalszą zwłokę w zatwierdzeniu tej nominacji.

Nowy prezydent skomentował sprawę na Twitterze. "Demokraci opóźniają teraz wybory do mojego gabinetu z powodów politycznych. Nie mają niczego innego do roboty, tylko blokują" - napisał Trump w poniedziałek.

W kilka godzin później, nad ranem czasu polskiego we wtorek, Trump pozbawił Yates stanowiska p.o. prokuratora generalnego.

W ten sposób zakończył się "miesiąc miodowy" obowiązujący z reguły w relacjach nowo wybranych prezydentów z Kongresem i przeciwną partią. W przypadku Trumpa "miesiąc miodowy" był wyjątkowo krótki.

Krytykują też Republikanie

Dekret Trumpa, zakazujący wjazdu do USA obywatelom siedmiu krajów zamieszkanych w większości przez muzułmanów, skrytykowali również republikańscy senatorowie; Lindsey Graham oraz przewodniczący senackiej komisji sił zbrojnych John McCain we wspólnym oświadczeniu wydanym w niedzielę stwierdzili, że rozporządzenie wykonawcze Trumpa może "bardziej pomóc w rekrutacji terrorystów niż zwiększyć bezpieczeństwo" obywateli USA.

"Musimy być ostrożni, ale nie możemy stosować w naszym kraju religijnych sprawdzianów" - powiedział McCain w wywiadzie dla telewizji ABC. Swoje zastrzeżenia wobec dekretu Trumpa wyrazili również publicznie dwaj inni wpływowi republikańscy senatorowie: przewodniczący senackiej komisji finansów Orrin Hatch i przewodniczący komisji spraw zagranicznych Bob Corker.

Dodatkowo zastrzeżenia - ale nie jednoznaczny sprzeciw - wobec dekretu zgłosiło przynajmniej 12 senatorów i kongresmenów z Partii Republikańskiej.

Ta rosnąca opozycja wobec dekretu Trumpa nie wróży dobrze jego ambitnym zamierzeniom, takim jak rezygnacja z Obamacare, zwiększenie nakładów na infrastrukturę i reformy systemu imigracyjnego, z których wiele musi być zatwierdzonych przez Kongres.

Chaos na lotniskach

W poniedziałek na Twitterze Trump ocenił, że zamieszanie na amerykańskich lotniskach i opóźnienia lotów były spowodowane protestami, awarią systemu komputerowego linii Delta Air Lines i "łzami" przewodniczącego demokratycznej mniejszości w Senacie Charlesa Schumera.

Tymczasem zdaniem przedstawicieli linii lotniczych, adwokatów reprezentujących zatrzymanych na lotniskach i kongresmenów, zarówno Republikanów, jak i Demokratów, prawdziwą przyczyną chaosu na lotniskach w weekend był dekret Trumpa.

Zdaniem krytyków to rozporządzenie wykonawcze było przygotowane bez konsultacji z właściwymi resortami i agencjami rządu oraz wprowadzone pośpieszenie bez rozważenia konsekwencji. Schumer, występując w Senacie, ocenił, że sposób wprowadzania w życie tego dekretu jest dowodem na niekompetencję nowej administracji.

Przykładem tego pośpiechu może być poinformowanie nowego ministra obrony Jamesa Mattisa o planowanym rozporządzeniu w piątek zaledwie na kilka godzin przed jego wejściem w życie.

Przedstawiciele linii lotniczych Delta, drugiej największej linii w USA, poinformowali, że awaria systemu komputerowego miała miejsce trzydzieści minut po północy czasu polskiego w poniedziałek, a więc ponad 48 godzin po wprowadzeniu antyimigracyjnego dekretu.

"Łzy" Schumera

Senator Schumer, którego Trump "doskonale zna od lat", rzeczywiście na konferencji prasowej na lotnisku im. Johna F. Kennedy'ego w Nowym Jorku w niedzielę był bliski płaczu. Zdaniem krytyków lubiącego rozgłos Schumera jego łzy były fałszywe. Podobnego zdania był Trump: "Zapytam go (Schumera), kto uczył go aktorstwa" - zatweetował prezydent w poniedziałek. "Tweet prezydenta wydaje się śmieszny" - odparł rzecznik senatora Schumera Matt House. Po czym dodał: "Jednak polityka prezydenta, która powoduje, że jesteśmy coraz mniej bezpieczni nie jest" śmieszna.

Schumer, który zapowiedział "walkę do upadłego" o unieważnienie  dekretu, próbował w poniedziałek opóźnić w Senacie głosowanie nad zatwierdzeniem nominacji Rexa Tillersona na sekretarza stanu, argumentując, że przed ostatecznym głosowaniem senatorowie powinni poznać jego stanowisko wobec kontrowersyjnego, "antymuzułmańskiego"  rozporządzenia wykonawczego.

Jednak w głosowaniu Republikanie większością głosów odrzucili tę propozycję. W rezultacie, biorąc pod uwagę, że mają oni większość w Senacie, zatwierdzenie nominacji Tillersona będzie formalnością. Przewiduje się, że ostateczne głosowanie całego Senatu odbędzie się w środę.

Schumer, występując w poniedziałek w Senacie, wezwał do poparcia projektów ustaw, które zamierzają zgłosić senatorowie z Partii Demokratycznej. Jeden projekt zmierza do unieważnienia dekretu prezydenta, drugi w formie poprawki do ustawy imigracyjnej z roku 1965 zakłada ograniczenie uprawnień prezydenta do wydawania rozporządzeń wykonawczych opartych na kryteriach religijnych i wprowadzenie obowiązkowego okresu 30-dniowych konsultacji z Kongresem przed ogłoszeniem takich dekretów prezydenckich. Ponieważ jednak Republikanie kontrolują obie izby Kongresu, projekty te mają nikłe szanse na przyjęcie, a nawet poddanie pod dyskusję podczas debaty plenarnej.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje