Widok z Brexitlandu

Nie da się rzucić orzechem w westministerskim pubie tak, by nie trafić w obsesyjnego obserwatora amerykańskiej polityki. Jeśli tylko zaczniesz rozmawiać o "The West Wing" ("Amerykański poker" – serial telewizyjny o losach administracji prezydenta USA – red.) z jakimkolwiek przedstawicielem parlamentu, spodziewaj się długiego wywodu na temat najlepszych epizodów. Podczas ostatnich wyborów w Wielkiej Brytanii w 2015 roku, dwie główne partie polityczne z dumą chwaliły się, że doradzali im weterani z kampanii Baracka Obamy.

Do tej pory nasza amerykanofilia nie była uczuciem odwzajemnionym. W sierpniu Donald J. Trump nazwał sam siebie "Panem Brexitem". Dla Trumpa i jego zwolenników czerwcowe referendum, w którym Brytyjczycy zadecydowali o wyjściu z Unii Europejskiej,  było dowodem na rosnący sprzeciw wobec wielokulturowości, nieszczelnym granicom i politycznym elitom.

Reklama

Jeśli brytyjski elektorat był w stanie zdecydować o wyniku, który zbił z pantałyku sektor finansowy, naukowców i liberałów, a przy tym nie został przewidziany w sondażach, to czy to samo zaburzenie nie może się przytrafić Ameryce?

Tak, właśnie tak się stało. Zwycięstwo Trumpa jest jak wspomnienie brytyjskiego czerwca, ale podczas gdy Brexit podzielił członków klasy politycznej w Wielkiej Brytanii, wyniki wyborów prezydenckich w USA zadziałały odwrotnie: zjednoczyły ich. Politycy głównego nurtu - zarówno z prawej, jak i lewej strony sceny, oniemieli w równym stopniu. Oto Stany Zjednoczone wybrały kogoś, kto używa ekstremalnego języka i kto wydaje się mieć deficyt ciepłych uczuć wobec instytucji takich jak NATO.

W grudniu ubiegłego roku były premier Wielkiej Brytanii David Cameron określił propozycję Trumpa dot. niewpuszczania muzułmanów do Ameryki "dzielącą, głupią i złą". Burmistrz Londynu Sadiq Khan z Partii Pracy nazwał poglądy prezydenta elekta USA dotyczące islamu "ignoranckimi". Poza Nigelem Farage’em - twarzą skrajnie prawicowej Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa - trudno jest znaleźć brytyjskiego polityka, który powiedziałby dobre słowo o Trumpie.

Nacjonalizm, biały gniew i protekcjonizm mają ostatnio silny wpływ na politykę w Wielkiej Brytanii i w ogóle całej Europie. To odgłos trzaskania drzwiami. Referendum ws. Brexitu było właściwie referendum w sprawie kontroli granic i gwałtownych zmian demograficznych wśród białej części społeczeństwa, która poczuła się pozbawiona uwagi i zasobów.

Pokusa porównywania Brexitu z sytuacją w USA jest wielka: w dużych miastach - zarówno brytyjskich, jak i amerykańskich - które są bardziej zróżnicowane, panuje większy spokój w odniesieniu do różnorodności. W mniejszych społecznościach imigracja wydaje się być tematem wagi ciężkiej.

Istnieją inne paralele. Sukces Trumpa był napędzany przez starszych, białych wyborców, którzy nie mają lekko, ale też nie są bez środków do życia. Trump wygrał głównie wśród białych mężczyzn bez wyższego wykształcenia.

Typowy zwolennik opuszczenia UE w Wielkiej Brytanii ma podobny profil demograficzny. Tacy wyborcy są jednak na wymarciu, ponieważ zarówno Wielka Brytania, jak i Stany Zjednoczone stają się bardziej zróżnicowane i do głosu dochodzą młodsze, lepiej wykształcone i bardziej otwarte na zmiany i imigrację pokolenia. Ale i Brexit, i zwycięstwo Trumpa pokazały, że przedstawiciele tych grup są dalecy od poświęcania życia za sprawę.

Helen Lewis/The New York Times

Tłum. Ewelina Karpińska-Morek

The New York Times

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje