Wybory w USA: Kampania niemerytoryczna, ale czy dla Amerykanina ma to znaczenie?

- Rozpalone zostały niezwykle gorące emocje i właściwie najważniejsze było, kto komu mocniej przyłoży. A że kampania była niemerytoryczna? To przeszkadzało elitom intelektualnym. Nie sądzę, żeby dla przeciętnego Amerykanina z Iowa, Kentucky czy Wirginii miało to znaczenie - mówi o prezydenckiej kampanii wyborczej w USA dr Bohdan Dzieciuchowicz, ekspert ds. kreowania wizerunku polityków.

Justyna Kaczmarczyk, Interia: Do wyścigu o fotel prezydenta USA stanęli kandydaci wyjątkowo nielubiani. Czy to pana zdaniem miało wpływ na przebieg tej kampanii?

Dr Bohdan Dzieciuchowicz:
Zdecydowanie tak, chociaż kandydaci stykali się z różnymi problemami. Clinton nie musiała uwiarygadniać swoich kwalifikacji merytorycznych do sprawowania urzędu, bo je bezspornie miała i nawet jej przeciwnicy musieli to przyznać. Musiała jednak udowodnić Amerykanom dwie rzeczy: po pierwsze, że rozumie potrzeby zwykłych ludzi i problemy wyborców są jej bliskie. Po drugie, musiała się uwiarygodnić moralnie. Kwestia maili i zarzuty związane z niejasnością w funkcjonowaniu jej fundacji poddawały w wątpliwość fakt, że postępowała zgodnie z prawem. Te dwie kwestie ciążyły na jej wizerunku i sztab robił wszystko, co możliwe, żeby się z tym uporać.

Reklama

- Z kolei Trump musiał pokazać, że ma kwalifikacje merytoryczne do sprawowania urzędu. To mu się nie udało, co może - choć nie musi - zaważyć na wyniku wyborów. Twardy elektorat, ten który nie lubi elit, ten który czuje się pokrzywdzony przez współczesną Amerykę, specjalnie nie zwraca na takie kwalifikacje uwagi. Wystarczy, że kandydat jest antyestablishmentowy. Ponadto ważnym zadaniem dla Trumpa było uporanie się z poważną skazą na wizerunku z pierwszej części kampanii, gdy atakował mniejszości etniczne i kiedy wyszła na jaw sprawa instrumentalnego traktowania kobiet.

Jakie wskazałby pan najbardziej charakterystyczne punkty tej kampanii?


- Trudno znaleźć dwoje kandydatów tak różnych od siebie. To właśnie różniło te wybory od poprzednich. Wcześniej na przykład ani stopień przygotowania kandydatów do piastowania urzędu ani ich moralność nie były kwestionowane. Trudno znaleźć podobieństwa między kandydatami. Może jednym jest to, że Trump należał do elity finansowej, a Clinton do elity władzy.

Komentatorzy wskazują, że ta kampania była poniżej amerykańskiego standardu demokratycznego. Co na to Amerykanie?

- Poziom tej kampanii był zdecydowanie poniżej tego standardu, ale nie wiem, czy to specjalnie przeszkadza wyborcom. Rozpalone zostały niezwykle gorące emocje i właściwie najważniejsze było, kto komu mocniej przyłoży. A że kampania była niemerytoryczna? To przeszkadzało elitom intelektualnym.  Nie sądzę, żeby dla przeciętnego Amerykanina z Iowa, Kentucky czy Wirginii miało to znaczenie

Jaki wpływ będzie miał taki burzliwy i emocjonalny przebieg kampanii na prezydenturę zwycięzcy?

- Myślę, że mniejszy niż się wydaje. Nie należę do tych, którzy twierdzą, że Ameryka po wyborach będzie kompletnie inna. Półtora roku spędziłem na Uniwersytecie Kalifornijskim. Wydaje mi się, że poznałem też przeciętnych Amerykanów i na tej podstawie wnioskuję, że emocje będę mniejsze.

A jeśli chodzi o styl sprawowania władzy?

- Gdyby wygrał Trump - co uważam jest prawdopodobne - będzie musiał zmienić swoją retorykę. Nie da się sprawować urzędu przy tak mocnej opozycji Kongresu. W kwestii polityki zagranicznej prezydent ma duża swobodę. Ale już w kwestiach polityki wewnętrznej, będzie mu bardzo trudno coś osiągnąć bez porozumienia z Kongresem. Dlatego będzie musiał łagodzić swoją politykę, zwłaszcza, że prawdopodobnie musiałby współpracować z Demokratami.

Nawet współpraca z Republikanami w przypadku Trumpa wcale nie oznacza pełnej zgody i poparcia.

- To prawda. Nie wiadomo, jak niebawem w ogóle będzie wyglądała mapa polityczna Stanów Zjednoczonych. Niewykluczone, że to początek tworzenia systemu wielopartyjnego, bo Republikanie są w tej chwili bardzo mocno podzieleni. Myślę, że nawet jeśli Trump wygra, napotka bardzo duży opór w samej Partii Republikańskiej. To utrudniłoby mu prowadzenie skutecznej polityki, bo musiałby się liczyć nie tylko ze sprzeciwem Demokratów, ale też pewnej części kongresmenów z jego własnej partii.

Jak w przypadku zwycięstwa Clinton układałoby się poparcie Demokratów?

- To zupełnie inny układ. Clinton "ma pod kontrolą" Demokratów. Może tylko Bernie Sanders będzie wyraźniej oczekiwał od niej realizacji postulatów socjalnych, które Clinton niejako inkorporowała z programu Sandersa, ale buntu w tej partii nie będzie.

Rozmawiała Justyna Kaczmarczyk

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje