​Prezydent Trump, czyli macie wszyscy za swoje

Ironiczne brawa dla Partii Demokratycznej za promowanie kandydatki uważanej za nieuczciwą i skorumpowaną. Ironiczne brawa dla medialnych elit faworyzujących Hillary Clinton i robiących z Donalda Trumpa antysemitę, faszystę, natrząsających się z jego włosów czy karnacji, zajmujących się rozmiarem jego dłoni, traktujących Amerykę prowincjonalną z nieskrywaną pogardą. Z pewnością pomogliście Amerykanom podjąć decyzję.

To nie jest przecież tak, że połowa Amerykanów nienawidzi Meksykanów, muzułmanów, Afroamerykanów, homoseksualistów i "lewaków". Część na pewno tak, ten pierwiastek nienawiści w głosowaniu na Donalda Trumpa wystąpił, nie ma co przesadnie wybielać, jednak wektor tej nienawiści skierowany był przede wszystkim przeciwko establishmentowi. Zadufanemu w sobie, oderwanemu od reszty społeczeństwa. Pamiętajmy, że Stany Zjednoczone to kraj o największym rozwarstwieniu społecznym spośród wszystkich państw zachodnich. Waszyngtońska śmietanka zajmuje się przede wszystkim umacnianiem systemu faworyzującego ich samych.

Reklama

Nie wierzę, że Donald Trump cokolwiek tu zmieni, jednak głosowanie na niego było dla wściekłych ludzi sposobem, by powiedzieć Waszyngtonowi: well, fuck you very much.

Im bardziej telewizje, gazety, celebryci, politycy obu partii od Trumpa się odcinali, przed Trumpem przestrzegali, tym większa była pokusa, by na tego Trumpa zagłosować.

Dowód? Proszę bardzo. Większość wyborców nie zgadza się z Trumpem co do postulatów. Jak wynika z badań przeprowadzonych przed lokalami wyborczymi, większość Amerykanów nie chce muru na granicy z Meksykiem. Nie chcą również deportacji nielegalnych imigrantów. A mimo to postawili krzyżyk przy jego nazwisku. Bo to jedyny sposób, by establishment zabolało.

Gdy na kilka dni przed wyborami słyszałem od nowojorczyków, że Clinton na pewno, ale to na pewno zmiażdży Trumpa, od razu przypomniałem sobie, że to samo mówiono mi w Londynie kilka dni przed referendum.

Nie doceniono tej antyestablishmentowej i, nie ma co mówić, że jest inaczej, prawicowej fali przetaczającej się przez cały świat zachodni (następna prezydent Le Pen?).

Ale do tego, co się wydarzyło 8 listopada, wcale nie musiało dojść. To nie była historyczna konieczność. Był "pod ręką" inny, jeszcze lepszy kandydat antyestablishmentowy, znacznie lepiej odbierany. Prawda, Partio Demokratyczna?

Demokraci mieli być partią klasy pracującej, tymczasem stali się partią swoich bogatych sponsorów.

Hillary Clinton została przez sponsorów i partyjne władze koronowana na prezydenta na długo, zanim oddano pierwszy głos w prawyborach. To jednak nie Debbie Wasserman Schultz wybiera prezydenta USA.

Partyjne władze, zamiast otworzyć prawybory dla wyborców niezrzeszonych, zamiast zrezygnować z antydemokratycznych superdelegatów, skupiły się na pilnowaniu, by Hillary Clinton włos z głowy nie spadł.

Jaki był sens wystawiać kandydatkę, której większość Amerykanów nie ufa, która nie porywa tłumów, która jest żoną byłego prezydenta (hej, Bushowie i Clintonowie - to nie monarchia!), która wraz z mężem bogaciła się w sposób może i zgodny z prawem, ale budzący ogromne wątpliwości natury etycznej.

Jeżeli kandydat nie wywołuje prawdziwego entuzjazmu, to wyborcy nie mają motywacji, by agitować na jego rzecz, by zachęcać swoich znajomych, rodzinę, sąsiadów. Takie proste, a takie trudne do zrozumienia dla Debbie i jej podobnych.

Piszę o wystawianiu Hillary Clinton, choć przecież wygrała prawybory. To fakt. Gdyby jednak w każdym stanie prawybory były otwarte (nie tylko dla zarejestrowanych dużo wcześniej wyborców demokratów), kandydatem na prezydenta byłby Bernie Sanders. Gdyby media na początku prawyborów nie ignorowały Sandersa (niepokazywanie jego wieców, niezapraszanie go na wywiady), również byłby zwycięski. Zaraz, ale co media mają wspólnego z Partią Demokratyczną? Dzięki Wikileaks wiemy, że niemało.

Partia Demokratyczna traktowała tłumy młodych wyborców na wiecach Berniego Sandersa nie jako szansę na przyszłość, lecz jako utrapienie, jako przeszkodę na drodze Hillary Clinton.

Mają za swoje? Mają. Dobra wiadomość dla dziś zrozpaczonych wyborców "niebieskich" jest taka, że w 2020 roku pojawi się szansa, by zagłosować na prawdziwie progresywnego kandydata, a nie takiego, który tylko udaje na potrzeby kampanii wyborczej. Choć to jeszcze cztery lata, wiele może się zmienić, faworytka już jest. Nazywa się Elizabeth Warren. Trump jej nie cierpi.

Michał Michalak, Nowy Jork

Czytaj nasze korespondencje z Nowego Jorku

Prosto z USA nadajemy również na Facebooku na Snapchacie (profil: portal.interia).

Zobacz amerykański wideoblog Michała Michalaka

Obserwuj autora na Facebooku

Dowiedz się więcej na temat: Donald Trump

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy