The Donald się nie przechadza

"Chodź, pokażę ci moje dziewięciocalowe elektronarzędzie" - wypalił Donald Trump do jednej z uczestniczek swojego reality show. Jednocześnie kandydat republikanów na prezydenta potrafi być czarujący i błyskotliwy. - Donald to fascynująca osobowość - mówi Interii fotografka Roberta Fineberg, zagorzała zwolenniczka Hillary Clinton.

Jaki naprawdę jest Donald Trump? Udało nam się dotrzeć do osób, które poznały miliardera. Z ich opowieści wyłania się obraz nieuchronnie przywodzący na myśl Dr. Jekylla i Mr. Hyde'a.

Dobry gospodarz

Reklama

Specjalista od kreowania wizerunku Luke Watson przez sześć lat wynajmował lokal od Donalda Trumpa w jego 202-metrowym pałacu - Trump Tower.

- Trumpa w Trump Tower zobaczysz tylko wtedy, gdy on sam chce być zobaczony. On się nie przechadza - zaznacza Luke w rozmowie z Interią.

Co innego jego dzieci. Eric, Donald Junior i Ivanka widywani są w windzie i na korytarzach codziennie.

Miliarder pokazywał się najemcom jako dobry gospodarz, który dogląda interesu i dba o ich komfort.

- Za każdym razem był bardzo uprzejmy. Nie przypominał tej przerysowanej postaci, którą znamy z telewizji, nie zachowywał się jak celebryta. A już na pewno cię nie obrażał - zaznacza Luke.

- Dopytywał, czy wszystko jest w porządku, czy są jakieś problemy, jak mi się pracuje w tym budynku, czy jestem zadowolony z obsługi, czy nie trzeba w czymś pomóc. Robił więc to, czego można oczekiwać po dobrym właścicielu - dodaje.

Watson przyznaje, że ludzie Trumpa bardzo sprawnie zajmują się wszystkimi problemami w Trump Tower, co w sumie dobrze świadczy o zdolnościach organizacyjnych szefa.

W Trump Tower nie mówi się o Trumpie inaczej niż "The Donald". The Donald to, The Donald tamto...

Dziewięciocalowe elektronarzędzie

Tara Dowdell, dziś szefowa Tara Dowdell Group (PR, marketing, szkolenia) i komentatorka telewizyjna, poznała Donalda Trumpa jeszcze zanim wystąpiła w reality show "The Apprentice". Pracowała wówczas w biurze gubernatora New Jersey i spotkała Trumpa podczas jednej z oficjalnych uroczystości.

- Donald Trump jednego dnia potrafi być jedną osobą, a drugiego dnia kimś zupełnie innym. Nigdy nie wiesz, na którego Donalda Trumpa trafisz - zaznacza Tara.

Na którego The Donalda trafiła więc Tara?

-  Kiedy spotkałam go po raz pierwszy, poznałam tę czarującą wersję Donalda Trumpa. W "The Apprentice" również był dla mnie bardzo uprzejmy. Podejrzewam, że chciał po prostu robić interesy z moim byłym szefem, a więc gubernatorem. Ale kiedy rozmawiałam z innymi kobietami z programu, okazało się, że zachowywał się wobec nich bardzo wulgarnie.

Poprosiliśmy o przykład.

- Jedna z moich koleżanek opowiedziała mi o sytuacji, do której doszło podczas zadania dla Home Depot. Donald wziął ją na stronę, po tym jak nie poradziła sobie ze swoim zadaniem, i powiedział do niej: "chodź, pokażę ci moje dziewięciocalowe elektronarzędzie". Słyszałam też inne historie od innych dziewczyn, ale ta była najbardziej zdumiewająca - relacjonuje Tara.

Dlaczego więc wobec jednych Donald Trump potrafi się zachowywać grubiańsko, a wobec innych szarmancko? Tara ma na to swoją teorię.

- Donald Trump to wytrawny marketingowiec. Ocenia swojego rozmówcę i na tej podstawie podejmuje decyzję, jak się wobec niego zachowywać. Ocenia, czy opłaca mu się daną osobę traktować lepiej.

W kwietniu Tara, wraz z kilkoma innymi uczestnikami "The Apprentice", wystąpiła przeciwko kandydaturze Donalda Trumpa. Argumentowała to brakiem przygotowania do pełnienia urzędu głowy państwa i dyskryminującymi wypowiedziami.

Wyszedł bez słowa

- Donald Trump to najbardziej chamski z wszystkich VIP-ów, których poznałem - wypala z grubej rury fotograf Mark Greenberg.

Mark fotografował m.in. Ronalda Reagana ("Nie popierałem go, ale był dla mnie przemiły"), Malcolma Forbesa ("Niezwykle skromny, prawdziwy dżentelmen") czy Richarda Bransona ("Pełen szacunku i życzliwości"). Jak mówi, sparzył się jedynie na Trumpie.

A było to tak: w 1983 roku Mark miał zrealizować materiał dla niemieckiego magazynu "Stern" o nowo wybudowanej Trump Tower. Obfotografował budynek w środku i na zewnątrz i umówił się na osobną sesję z samym The Donaldem.

Na Trumpa czekał wraz z drugim fotografem. Obaj pracowali dla Visioned - wówczas topowej agencji fotograficznej w Nowym Jorku.

Donald Trump przybył na plan w kaszmirowym płaszczu wraz z całą świtą. Fotografowie poprosili Trumpa o kilka próbnych zdjęć wykonanych polaroidem, by sprawdzić, czy wszystko gra, jeśli chodzi o plan i oświetlenie. Kolega Marka zdążył pstryknąć tylko dwa razy.

Bohater sesji odwrócił się na pięcie i bez słowa opuścił plan zdjęciowy. Ani się nie przywitał, ani nie pożegnał - wspomina Mark. Z umówionej sesji nici.

- Opadły nam szczęki. "Co do cholery właśnie się wydarzyło?" - pytaliśmy siebie nawzajem.

- Zadzwoniłem do Normy, jego prawej ręki. Jedyne, co była w stanie z siebie wydusić, to "przepraszam" - opowiada Greenberg.

Mark wielokrotnie zadawał sobie pytanie, o co poszło i dziś już uważa, że zna odpowiedź.

- Donald Trump zobaczył, że było nas tylko dwóch. Nie było makijażystki, nie było stylistki, nie mieliśmy ze sobą świty. Nie spełniliśmy jego oczekiwań, ponieważ wokół niego zawsze musi skakać mnóstwo osób, gotowych spełniać jego kaprysy - w ten sposób interpretuje zdarzenie sprzed ponad 30 lat Mark Greenberg.

W 2000 roku zobaczył Trumpa ponownie. Spotkali się na wystawnej imprezie, w której uczestniczyli również Richard Branson, Gene Simmons i Tom Jones. Trumpowi towarzyszyła ówczesna partnerka, a dziś żona - Melania.

Podczas imprezy zdenerwowany Branson podszedł do Greenberga (panowie się przyjaźnią) i rzucił: "Ten facet jest okropny"!

- A Richard w ten sposób nie mówi o nikim! Nigdy! - dodaje Mark.

"Typowy Donald"

Roberta Fineberg fotografowała Donalda Trumpa w pojedynkę - towarzysząc znanemu reportażyście - ale nie doświadczyła niczego takiego jak Mark.

Spotkali się w 2004 roku w jego biurze na szczycie Trump Tower.

- Był życzliwy, cierpliwy, dobrze zorganizowany, nie mówił nic dziwnego. Muszę przyznać, że polubiłam go - relacjonuje Roberta.

(Donald Trump przy swoim biurku. Trump Tower NYC, 2004. (c) 2004-2016 Roberta Fineberg)

- Zaimponował mi tym, jak dobrze był ubrany. Europejsko wręcz, bo Amerykanie nie przykładają takiej wagi do ubioru. Ja z kolei przez 10 lat mieszkałam w Paryżu, gdzie wygląda to trochę inaczej. W trakcie wywiadu był czarujący i dowcipny, wcale nie sprawiał wrażenia głupiego - podkreśla nasza rozmówczyni.

Jednocześnie zaznacza, że od swoich znajomych słyszała, iż Trumpowi zdarza się mówić rzeczy niepoprawne. Rzecz jasna poprosiliśmy o przykład.

- Podczas meczu NBA, siedząc w pierwszym rzędzie, wypatrzył wśród publiczności młodego, czarnoskórego dryblasa. "O, ten to by dobrze grał w kosza" - rzucił rozbawiony do towarzyszącej mu świty. Na marginesie, okazało się, że chłopak był najlepszym studentem na roku, ale w kosza nie grał wcale.

Roberta wspomina, jak zareagowała nowojorska ulica na wieść o tym, że ich, było, nie było, krajan zamierza ubiegać się o prezydenturę.

- Gdy wystartował w prawyborach, wszyscy w Nowym Jorku uznali, że to świetny żart. Zabawa. "Typowy Donald" - mówili. Podobało im się to nawet. Nikt się nie spodziewał, że zajdzie tak daleko.

Choć Roberta nie ukrywa, że z całego serca kibicuje Hillary Clinton, przekazała nawet darowiznę na jej kampanię, to o The Donaldzie mówi bez nienawiści, można by wręcz powiedzieć, że z troską.

- To fascynująca osobowość i współczuję mu, że porwał się na kandydowanie - usłyszeliśmy.

- Nie sądzę, by Donald Trump był złym człowiekiem - kończy.

Michał Michalak, Nowy Jork

A jaka naprawdę jest Hillary Clinton? Przeczytaj nasz wywiad "Sekrety Clintonów"!

Czytaj nasze korespondencje z Nowego Jorku

Prosto z USA nadajemy również na Facebooku na Snapchacie (profil: portal.interia).

Zobacz amerykański wideoblog Michała Michalaka

Obserwuj autora na Facebooku

Dowiedz się więcej na temat: wybory w USA 2016

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy