Doktor Mansour Alatrash: Lekarze w Syrii pracują jak maszyny

- Lekarze i personel pracują w Syrii jak maszyny. Czasami są zmuszeni, żeby czuwać przez cały dzień z powodu ogromnej liczby pacjentów. Robią wszystko, co w ich mocy - o sytuacji we Wschodniej Ghucie opowiada w krótkiej rozmowie doktor Mansour Alatrash, lekarz z syryjskiej organizacji Balsam Medical Organisation. Wspólnie z Polską Misją Medyczną pomagają ofiarom trwającej już ósmy rok wojny w Syrii.

Czy jako lekarz może pan potwierdzić informacje o kwietniowych atakach chemicznych we Wschodniej Ghucie?

Reklama

Doktor Mansour Alatrash: - Jestem właściwie pewien, że ataki chemiczne miały miejsce. Mówię to na podstawie informacji od naszych kolegów pracujących w terenie, na miejscu, a także filmów i zdjęć. Ale nie mogę ich udokumentować, ponieważ do tego potrzeba ekspertów w tej dziedzinie.

Jakie były objawy osób, które w nich ucierpiały?

- Objawy - zgodnie z tym, co powiedziałem wcześniej - są bezpośrednio związane z użyciem chloru. To przede wszystkim płytki oddech, trudności w oddychaniu, przekrwienie oczu, łzawienie, w niektórych przypadkach - szczególnie u niemowląt - sinica, drażliwość i pobudzenie.

Jakie warunki panują w szpitalu Al-Hayat we Wschodniej Ghucie?

- Sytuacja w szpitalu Al-Hayat jest nieprawdopodobna. On funkcjonuje zupełnie inaczej niż jakikolwiek inny szpital w normalnym życiu. Lekarze i personel pracują jak maszyny. Czasami są zmuszeni, żeby czuwać przez cały dzień z powodu ogromnej liczby pacjentów. Zawsze priorytetowo traktują przypadki, w których mogą uratować czyjeś życie. Robią wszystko, co w ich mocy. Kiedy trwały bombardowania, na szpitalnych korytarzach leżeli pacjenci w dość dobrym stanie, by w pomieszczeniach zrobić miejsce dla najbardziej zagrożonych osób. Krew była wtedy wszędzie... Stres udziela się nie tylko lekarzom, ale też ludziom, którzy przychodzą tu z rodzinami.

- Prócz tragicznych warunków, brakuje nam podstawowych środków medycznych. Z powodu oblężenia, które trwało od 2013 roku, wszystko było zależne od czarnego rynku. Cena zwykłej surowicy była wyższa niż w najdroższych szpitalach w Europie. Mamy też ogromne braki m.in. w sprzęcie operacyjnym i zaopatrzeniu w tlen. Mieliśmy czasem od 70 do 100 ofiar dziennie, wiele z nich wymagało operacji. Mój kolega jednego dnia przeprowadzał operację pięciorga małych dzieci.

Ilu lekarzy pomaga na miejscu?

- W Al-Hayat pracuje czterech chirurgów, dwóch lekarzy pierwszego kontaktu i kilku studentów medycyny, którzy byli zmuszeni, żeby przerwać studia. Musieli sami nauczyć się, jak radzić sobie z niektórymi przypadkami w ciągu ostatnich siedmiu lat wojny.

Czy w okolicy działają jeszcze inne szpitale?

- Było wiele szpitali, ale stały się celem zmasowanych ataków. Większość z nich jest teraz nieczynna. Pobliski szpital w mieście Hiza też był atakowany przez samoloty, więc myślę, że Al Hayat jest jedynym centralnym szpitalem działającym w regionie Ghuty.

Jak poważne są obrażenia Syryjczyków? 

- Większość obrażeń wymaga poważnych operacji albo zabiegów chirurgicznych. Liczne są niebezpieczne urazy głowy, złamania kości, krwotoki wewnętrzne, oparzenia, amputacje... 

Niedawno był pan w Syrii i słyszał wiele szokujących świadectw... Codziennie jest pan świadkiem ludzkiego cierpienia. O co chciałby pan dziś zaapelować jako lekarz?

- Nie tylko jako lekarz, ale po prostu jako człowiek, mam przede wszystkim nadzieję, że ta wojna w końcu się skończy. Jako doktor mogę po prostu podsumować nasze podstawowe potrzeby medyczne: brakuje nam leków ratujących ludzkie życie, suplementów, podstawowych sprzętów. Ale przede wszystkim trzeba powstrzymać reżim i rosyjskie siły powietrzne, by nie obierały za cel ośrodków medycznych.

***

Z syryjską organizacją Balsam Medical Organisation współpracuje Polska Misja Medyczna. Aby wesprzeć ich działania w Syrii, wejdź na stronę PMM i kup wybrany pakiet pomocowy lub wpłać pieniądze na konto: 08 1240 4650 1111 0010 4607 7315.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje