Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy 2015

Lot nad kukułczym gniazdem Jerzego Owsiaka

Młodzi ludzie w PRL-u na różne sposoby migali się od obowiązkowej służby wojskowej. Jerzy Owsiak uniknął dwuletniego pobytu w armii, skutecznie symulując chorobę psychiczną. Zamiast na poligon trafił na terapię i wkrótce sam zaczął pomagać innym. Wcześniej był świadkiem scen, jakich nie powstydziłby się scenarzysta "Lotu nad kukułczym gniazdem".

Dariusz Jaroń, Interia: Ciężko udawać chorobę psychiczną?

Reklama

Jerzy Owsiak, Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy: Wiesz, w moim przypadku bardziej decydował przypadek, niż świadome udawanie. Miałem 19 lat, o chorobach psychicznych nie wiedziałem nic. Powiedziałem jakiemuś kapitanowi, że jeszcze w cywilu złapał mnie strach, ale teraz już minął, bo mam wokół siebie kumpli i wszyscy jesteśmy uzbrojeni. Chyba się tym przejął.

Wojskowi wpadli w panikę?

- Z jednostki wojskowej w Ełku, do której trafiłem, wysłali mnie na konsultacje do Warszawy. Jechałem pociągiem. W przedziale było nas sześciu. Wszyscy jak ze "Szwejka", przecież tam chorego gościa nie było. Każdy z nas coś sobie wymyślił. Jak nam się rozwinęły języki, bo byliśmy w przedziale sami, to każdy przyznał, że liczy na to, że wyjdzie na wolność do cywila.

Brzmi jak dobra zabawa, ale łatwo chyba nie było się z wojska wydostać?

- Rzeczywiście, to nie było takie proste. Pamiętajmy, że człowiek był w tamtych czasach skazany na dwa lata w kamaszach. Wojsko zabierało moc życia. Masz 19 lat, długie włosy, jeździsz autostopem po Polsce. Czujesz, że wiele rzeczy przed tobą. Wiele miłości i przyjaźni. I nagle to wszystko się urywa i masz dwa lata przerwy. Wojsko nie było wtedy ani logiczne, ani dobrze zorganizowane. To była bezsensowna strata czasu. Może wystarczyłoby pół roku służby i wtedy ludzie nie mieliby takiego pietra? Kolega w Szwajcarii był w wojsku trzy miesiące. Determinacja, która się pojawiła, żeby ten czas dla siebie zachować była ogromna. Nie miałem nic do stracenia.

Skąd pomysł na chorobę psychiczną?

- W takich sytuacjach otwiera się wyobraźnia, człowiek zaczyna bredzić. Jedni się na tę opowieść łapali, inni nie. Na moją się złapali i odesłali mnie do wielkiego szpitala wojskowego na Szaserów w Warszawie. Tam trafiłem na panią doktor, która miło ze mną rozmawiała. Zapytała o moje plany, maturę, studia. Powiedziałem, że chciałem na ASP, ale nie wyszło. Mrugnęła do mnie i powiedziała, żebym przygotował się na egzamin wstępny na następny rok.

Co było potem?

- Zostałem skierowany do Choroszczy koło Białegostoku do największego szpitala psychiatrycznego w Polsce. Byłem tam prawie pięć tygodni. Tam było momentami jak w "Locie nad kukułczym gniazdem".

***

Posłuchaj, co spotkało Jurka Owsiaka w szpitalu psychiatrycznym

Kiedy w końcu przyszedł uprawniony powrót do cywila?

- Razem byłem w wojsku 2,5 miesiąca, z czego w mundurze spędziłem cztery dni. Wyszedłem w okolicach sylwestra, ale zwolnienie z armii dostałem tylko na rok. W cywilu musiałem ciągnąć dalej symulację i podjąć leczenie. Szukając przez ten rok sposobów na terapię poznałem takie osoby jak Jacek Santorski, Wojciech Eichelberger czy już nieżyjący Andrzej Samson. W pewnej chwili zacząłem z nimi pracować.

Będąc ich pacjentem?

- Tak, kiedyś mi powiedzieli: "słuchaj, ty masz świetny kontakt z ludźmi. Może byś z nami pracował?". Pomyślałem, że to podpucha. Przyznałem im, że uciekam od woja i wkrótce, dzięki Ludowemu Wojsku Polskiemu, zacząłem pracować. Gdybym zdał na studia, moja droga na pewno byłaby inna. Studia były wtedy fantastyczną sprawą, to była orgia życia. Artystyczny nurt studencki przekraczał wszystkie normy, pokazał jak się tworzy, gra, pisze prozę i poezję. Nie dostałem się i nie żałuję.  

***

Posłuchaj, jak Jurek Owsiak wspomina pracę psychoterapeuty i co jej zawdzięcza?

Wróćmy jeszcze do wojska. Praca psychoterapeuty w końcu przyniosła wymarzone zwolnienie ze służby?

- Dali mi kategorię E. Taką, że nawet rowerem nie mógłbym rozwozić kart powołania. Jak zacząłem działać publicznie, zacząłem mówić o pobycie w szpitalu. Żona radziła, żeby lepiej się tym nie chwalić, ale jakbym zataił, to dopiero by mówili, że świr dysponuje publicznymi pieniędzmi.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje