Wybory do Parlamentu Europejskiego 2014

Eurosceptycy w natarciu. Jak zmienią Europę?

Nawet jeśli w majowych wyborach eurosceptyczne partie zdobędą więcej miejsc w PE niż mają dotychczas, raczej nie będą miały realnego wpływu na podejmowane tam decyzje. Ich sukces może być jednak sygnałem dla czołowych ugrupowań, by zmienić retorykę - ocenia ekspert ISP.

- We wszystkich krajach starej Unii, z wyjątkiem Irlandii, Hiszpanii i Portugalii, są partie, które kwestionują różne aspekty funkcjonowania Unii, integrację jako całość lub domagają się wyjścia z UE - mówi ekspert Instytutu Spraw Publicznych (ISP) Melchior Szczepanik. Przykład skrajnie prawicowej partii Jobbik, która w kwietniowych wyborach na Węgrzech zdobyła ponad 20 proc. głosów, pokazuje, że ugrupowania o takim profilu mogą przyciągnąć wyborców i w nowych państwach członkowskich - dodaje.

Reklama

- Jest bardzo prawdopodobne, że w wyborach do Parlamentu Europejskiego takie partie zdobędą więcej mandatów niż mają obecnie, oraz że będą bardziej widoczne - podkreśla ekspert.

Przywołuje aktualne prognozy wyników wyborów do PE publikowane na stronie internetowej Electio2014.eu, z których wynika, że partie, których przedstawiciele w obecnej kadencji pozostają niezrzeszeni, mogą w maju zdobyć ok. 90 mandatów. To właśnie do tej grupy zaliczają się w obecnej kadencji posłowie skrajnej prawicy, lewicy i nacjonaliści, którzy nie znaleźli dla siebie miejsca w żadnej z frakcji. Teraz jest ich 32.

Eurosceptyczna grupa polityczna?

To, czy ekstremistom uda się zjednoczyć i utworzyć grupę polityczną "jest prawdopodobne, ale nie jest pewne" - ocenia Szczepanik. Do utworzenia frakcji potrzebnych jest 25 europosłów z co najmniej siedmiu krajów.

Posiadanie frakcji daje europosłom konkretne korzyści, takie jak dodatkowy czas na wystąpienia i pieniądze na prowadzenie działalności politycznej, a także miejsce w Konferencji Przewodniczących, która jest głównym organem PE podejmującym decyzje w sprawach politycznych oraz określającym porządek obrad (odpowiednik Konwentu Seniorów w Sejmie).

- Stworzenie grupy politycznej byłoby sygnałem, że partie antyeuropejskie są zdolne do wspólnego działania i zapewniłoby im większą widoczność - mówi ekspert.

Jednocześnie przypomina, że liderzy ugrupowań skrajnie prawicowych bywają skłóceni i panuje między nimi osobista rywalizacja. - Te partie nie do końca potrafią się dogadać. Szczególnie na prawicy dość wybujałe ego liderów poszczególnych partii może utrudnić współpracę - dodaje.

Trzonem takiej grupy mógłby być francuski Front Narodowy Marine Le Pen razem i holenderska Partia na rzecz Wolności Geerta Wildersa. Jesienią ub.r. Le Pen oraz Wilders zawarli sojusz w tym celu, który ma być otwarty dla innych partii o podobnym profilu. Ale nawet jeśli frakcja powstanie, jej wpływ na unijną politykę stoi pod znakiem zapytania.

Zmiana retoryki dużych graczy?

- Nawet biorąc pod uwagę fakt większej liczby mandatów eurosceptycznych i antyeuropejskich ugrupowań, to wciąż centrowa i prointegracyjna większość w PE będzie na tyle silna, żeby móc działać - twierdzi Szczepanik. W jego ocenie te główne grupy polityczne - chadecy i socjaliści, wspierani przez liberałów, będą mogły nadal utrzymywać "porządek, który panuje PE i polega na tym, że największe frakcje próbują znaleźć kompromis, co najczęściej im się udaje".

- Ta większość będzie siłą rzeczy mniejsza - przyznaje ekspert ISP. - Zmusi to główne grupy do większego wysiłku na rzecz poszukiwania kompromisu - dodaje.

Mniej bezpośrednią konsekwencją sukcesu partii antyeuropejskich może być to, że liderzy głównych ugrupowań w PE zaczną się zastanawiać nad zmianą retoryki na mniej proeuropejską. - Może za tym pójść większe umiarkowanie w podejmowaniu decyzji, które pociągają za sobą ściślejszą integrację - dodaje.

- Liderzy głównych partii politycznych np. we Francji, Niemczech czy Holandii mogą czuć, że oni też muszą podjąć te tematy i może ich kusić, by w uderzać w tony populistyczne - ocenia Szczepanik.

Zdaniem eksperta ISP w miarę jak partie eurosceptyczne będą rosły w siłę, główne ugrupowania będą musiały wejść z nimi bardziej merytoryczną dyskusję. - Będą zmuszone przyjąć do wiadomości, że te partie jednak są obecne i dosyć silnie zakorzenione w społeczeństwie, więc trzeba podjąć z nimi jakąś debatę - mówi.

Obecnie wśród europosłów niezrzeszonych jest troje czołowych polityków francuskiego Frontu Narodowego: liderka partii Marine Le Pen, jej ojciec Jean-Marie Le Pen oraz Bruno Gollnisch, skazany niegdyś we Francji za kłamstwo oświęcimskie. Trzy miejsca w PE ma węgierski Jobbik, a cztery - holenderska Partia Wolności populisty Gerta Wildersa. Po dwa miejsca mają Wolnościowa Partia Austrii oraz rumuńska Partia Wielkiej Rumunii.

Dwa mandaty przypadły w 2009 r. Brytyjskiej Partii Narodowej (BNP), ale jesienią 2012 r. jeden z jej eurodeputowanych Andrew Brons wystąpił z jej szeregów i w lutym br. założył nowe skrajnie prawicowe ugrupowanie o nazwie Brytyjska Partia Demokratyczna (BDP). Jednego europosła w PE ma też belgijska skrajnie prawicowa i ksenofobiczna partia Interes Flamandzki, całkowicie izolowana przez inne partie na krajowej scenie politycznej. W PE są też Brytyjczycy z Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa (UKIP), wraz z ich liderem Nigelem Farage'em.

Dowiedz się więcej na temat: wybory do PE | eurosceptycyzm

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje