Węgierski system

Na Węgrzech przekręty, układy i układziki są nie tyle na porządku dziennym, co stały się obowiązującym ustrojem. Upolityczniona prokuratura ani myśli się wtrącać.

Jeśli chodzi o korupcję, to nie jest dobrze.

Reklama

Twierdzą tak sami Węgrzy, również zwolennicy rządzącego Fideszu. 77 proc. obywateli uważa, że instytucje publiczne są skorumpowane. Tylko 4 proc. ankietowanych jest przekonanych, że poziom korupcji spadł w ostatnich latach.

- Nie mamy problemu z Fideszem, mamy problem z brakiem jakiejkolwiek polityki antykorupcyjnej na Węgrzech - mówi Interii Miklos Ligeti z węgierskiego oddziału Transparency International.

Zdaniem naszego rozmówcy korupcja na Węgrzech jest zjawiskiem systemowym. Prawo tworzone jest tak, by nie przeszkadzało przepływowi publicznych pieniędzy między ludźmi z otoczenia premiera. Nawet jeśli przepisy i tak są naruszane - przynajmniej według organizacji obywatelskich - to zależna od władzy prokuratura takimi sprawami się nie interesuje.

Węgierskie mechanizmy najlepiej zilustrować przykładami.

Kontrakt w zamian za propagandę

Publiczne przetargi są ustawiane pod nową, stworzoną przez Viktora Orbana oligarchię. Biznesmeni z atestem Fideszu stają się również beneficjentami licencji wydawanych przez odpowiednie urzędy.

Dzięki temu hollywoodzki producent Andy Vajna może na przykład cieszyć się posiadaniem największych kasyn na Węgrzech.

Z kolei Lorinc Meszaros, burmistrz rodzinnej miejscowości Orbana, wciąż coś za publiczne pieniądze buduje, dzięki czemu w krótkim czasie zbił majątek wart 90 miliardów forintów.

Oligarchowie się tuczą, czego więc władza oczekuje w zamian? Dwóch rzeczy: po pierwsze, inwestycji w klub sportowy należącym do kogoś z wierchuszki Fideszu (pieniądze te można jednak odliczyć od podstawy opodatkowania) oraz przejmowania mediów po to, by czynić z nich tuby propagandowe rządu.

I w ten sposób Vajna stał się właścicielem telewizyjnego kanału TV2, który natychmiast zaczął sławić dokonania Viktora Orbana, a Meszaros przejął jeden z największych portali i wprzągł go w rządową narrację.

Antyrządowe media utrzymuje jedynie upadający oligarcha, Lajos Simicska, który najpierw zgarniał największe rządowe kontrakty budowlane, ale później popadł w niełaskę Orbana i okazało się, że te jego firmy jednak nie są aż tak dobre, żeby wygrywać przetargi. Teraz Simicska zwalcza Orbana (i promuje Jobbik) w tych kilku tytułach, których jeszcze nie udało się odbić.

- Oligarchia nie jest konkurencyjna. To zawór dławiący gospodarkę, zasilany publicznymi pieniędzmi - krytykuje Miklos Ligeti.

Zięć i jego lampy

Wśród najszybciej bogacących się Węgrów jest również zięć Viktora Orbana, Istvan Tiborcz.

Jego firma Elios montuje w miasteczkach nowoczesne LED-owe oświetlenie.

Problem w tym, że ludzie Elios są jednocześnie w innej firmie, która samorządom doradza. Co doradza? Oczywiście, by zamawiać oświetlenie u Elios.

- Można powiedzieć, że Elios był jednocześnie zamawiającym i dostarczycielem - kwituje ekspert Transparency International.

Nieprzesadnie etyczne praktyki firmy zięcia premiera zostały ujawnione przez polityka partii LMP.

- Nagrał on burmistrza jednej z miejscowości, który mówił, że nie potrzebuje nowego oświetlenia, ale i tak musi złożyć zamówienie, ponieważ "przyszedł zięć Orbana", a kontrakt ma być powyżej cen rynkowych - relacjonuje Miklos Ligeti.

Wszystko rozeszłoby się po kościach, gdyby nie to, że sprawą zainteresowała się Unia Europejska, bo to za unijne pieniądze oświetlenie było montowane.

Europejski Urząd ds. Zwalczania Nadużyć Finansowych (OLAF) dowodzi, że mamy do czynienia nie z nadużyciem, a przestępczością zorganizowaną i domaga się zwrotu 45 milionów euro.

Tymczasem oświetlenie okazało się nie tylko najdroższe na Węgrzech, ale i wadliwe.

Fundacje banku centralnego

Narodowy Bank Węgier, na czele którego stoi zaufany człowiek Orbana Gyorgy Matolcsy, przekazał miliard dolarów na różnorakie fundacje, co już samo w sobie jest, zdaniem Transparency International, nielegalne, ponieważ bank centralny nie może prowadzić działalności niezwiązanej z zadaniami banku, a więc polityką monetarną.

Fundacje te następnie hojnie obdarowały funduszami interesy prowadzone przez rodzinę Matolscy’ego, w tym bank jego kuzyna (znów złamanie prawa - przekonuje Ligeti). Co więcej, jedna z takich fundacji przelała 70 milionów forintów autorowi książki o szefie banku centralnego.

- W naszej ocenie to defraudacja publicznych pieniędzy. Zgłosiliśmy to na policję i do prokuratury. Odmówiono wszczęcia śledztwa. To nie wszystko - odmówiono nam również pisemnego uzasadnienia tej decyzji - komentuje Miklos Ligeti.

Dodajmy, że prokuraturą kieruje Peter Polt. Jego żona jest dyrektorem w Narodowym Banku Węgier.

Złote wizy

Węgierski rząd ma następującą ofertę dla cudzoziemców spoza UE: wykupcie nasze obligacje za 300 tys. euro, a otrzymacie prawo stałego pobytu na Węgrzech - a więc i prawo do przemieszczania się po UE.

Brzmi rozsądnie? Tyle że w praktyce wygląda to trochę bardziej zawile. Obligacje sprzedawane są przez pośredników z rajów podatkowych. Pośrednicy otrzymują licencję od parlamentarnej komisji. Sprzedają obligacje za 300 tys. euro, ale do rządu trafia jedynie 271 tys. euro, bo pośrednik pobiera prowizję.

Co więcej, rząd płaci posiadaczom takich specjalnych obligacji znacznie wyższe odsetki.

Światło na ten kuriozalny system rzuca kilka dodatkowych faktów. Na przykład taki, że jednym z pośredników była firma Arton Capital Kft., należąca do przyjaciela Antala Rogana - szefa wspominanej komisji, która decyduje, kto może być owym pośrednikiem w sprzedaży "złotych wiz". Firma została nieszczęśliwie okradziona w 2017 roku i wszystkie dokumenty związane z obligacjami zniknęły.

Fidesz nie wymyślił korupcji

Eksperci Transparency International podkreślają, że korupcja funkcjonowała na Węgrzech również w czasach rządów socjalistów i liberałów, a więc przed Fideszem. Co więcej, skorumpowani są nie tylko węgierscy oligarchowie, ale i np. zagraniczne koncerny budowlane.

- To nie Fidesz wymyślił korupcję, ona tu już była, zatruwając życie społeczne i hamując rozwój kraju. Ale to Fidesz przebudował krajobraz instytucji publicznych i oparł go na kryterium lojalności. Wszystkie instytucje, które miały kontrolować władzę wykonawczą albo straciły prerogatywy, albo są zarządzane przez ludzi lojalnych wobec premiera Orbana - zauważa Miklos Ligeti.

Stłucz termometr, a nie będziesz miał gorączki - powiada się ironicznie. Podobnie jest z korupcją na Węgrzech. Fidesz wyszedł z założenia, że jeśli zmieni się prawo tak, by to, co korupcją było, korupcją być przestało, i jeśli prokuratura przestanie czepiać się władzy o parę milionów w tę czy parę milionów w tamtą, to problem zniknie. Korupcja? Jaka korupcja?

Michał Michalak, Budapeszt

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje