Wybory parlamentarne 2015

Brutalna wojna w PO? Pitera: Dyskusja kompletnie pozbawiona sensu

Spór wokół miejsc na listach wyborczych nabiera rumieńców i niekorzystnie odbija się na mocno już nadwątlonym wizerunku Platformy Obywatelskiej. Opozycja wskazuje na arogancję władzy, a media kreślą obraz bratobójczej walki w obozie Ewy Kopacz, która przybiera coraz bardziej brutalny charakter. Julia Pitera, europosłanka Platformy Obywatelskiej studzi jednak emocje i wskazuje na bezprzedmiotowość toczącej się debaty. - Ta cała dyskusja jest kompletnie pozbawiona sensu i destrukcyjna - argumentuje w rozmowie z Interią.

Z medialnych doniesień wiadomo, że wewnątrz Platformy Obywatelskiej wrze. To, co za rządów Donalda Tuska, nie byłoby możliwe, pod przywództwem Ewy Kopacz powoli staje się faktem. Coraz głośniej mówi się o czystkach przeprowadzanych przez baronów Platformy Obywatelskiej, którzy wycinają swoich wieloletnich rywali. Szerokim echem odbiła się przede wszystkim sprawa Iwony Śledzińskiej-Katarasińskiej, która ostatecznie nie znalazła się na liście w Łodzi, bo odmówiła startu z czwartego miejsca.

Reklama

Kulisy bratobójczej walki o wpływy w Platformie ujawniła we wtorkowym wydaniu "Rzeczpospolita".  Europosłanka  Platformy Obywatelskiej wskazuje jednak na bezprzedmiotowość sporu, który wyrósł wokół list i zaleca swoim kolegom, by swoją energię spożytkowali na konkretne działania, a nie "pozbawione sensu i destrukcyjne dyskusje". Argumentując swoje stanowisko przywołuje osobiste doświadczenia. - Siedem razy startowałam w kampaniach wyborczych w swoim życiu i wyróżniały się one różnym stopniem trudności. Niektóre - tak jak ta do europarlamentu - były potwornie trudne. Jednak do głowy by mi nie przyszło, że miałabym się zachowywać nerwowo. Po prostu wierzyłam w to, że trzeba skoncentrować się na pracy, która jest gwarantem sukcesu i naprawdę zalecałabym to moim kolegom. Dyskusja dotycząca tego, czy jest się na miejscu trzecim, czy na miejscy piątym nie ma tak naprawdę znaczenia - podkreśliła. 

"Nie było w tym nic, co miałoby uwłaczać mojej pozycji"

- Startując po raz pierwszy do Sejmu w 2005 roku zajmowałam 37. pozycję na liście warszawskiej i na 19 mandatów, które były wówczas w Warszawie, mój był trzeci jeśli chodzi o liczbę głosów. Pierwszy miał Kaczyński, drugi Gronkiewicz-Waltz, a trzeci był mój. W związku z tym to jest kolejna debata, której po porostu nie rozumiem -  dodała. 

Julia Pitera przypomniała też, że parlamentarzysta pracuje dla Polski bez względu na okręg wyborczy, z którego startuje. - Chciałam tylko przypomnieć, że w 2007 roku, jak startował premier Donald Tusk, po jednej kadencji Sejmu, jedenastu latach bycia radną, będąc mieszkanką Warszawy od pięciu pokoleń, bez dyskusji poszłam do okręgu płockiego i uważałam, że to jest absolutnie naturalne zachowanie. Mało tego, polubiłam okręg płocki, jestem z niego posłem również do europarlamentu, czyli - krótko mówiąc - trzeci raz mam z niego mandat i naprawdę nie był to dla mnie żaden problem. Parlamentarzysta pracuje dla Polski niezależnie od tego, jaki okręg wyborczy przypadł mu w udziale - zaznaczyła. - W 2007 roku, jak startowałam w Płocku, byłam jedną z pięciu twarzy Platformy i nie bardzo widzę, co w tym - przepraszam - miałoby być uwłaczającego mojej pozycji - dodała. 

Europosłanka wskazywała też na związek toczącej się debaty z obowiązującą w Polsce ordynacją wyborczą. - Przecież to, czego staliśmy się dzisiaj świadkami, jest związane dokładnie z proporcjonalnym charakterem ordynacji, który obowiązuje w Polsce. Ordynacja większościowa powoduje, że partie polityczne wystawiają po jednym kandydacie i wtedy nie ma dyskusji na temat tego, czy ktoś jest bardziej czy mniej przez kogoś lubiany. Musi to być jeden kandydat, który daje największe szanse na to, żeby wygrać wybory - argumentuje. 

"Żaden doświadczony polityk nie powinien mówić takich rzeczy"

Czy jednak zmiany w ordynacji wyborczej byłyby lekiem na całe zło i ukróciłyby spory? W opinii Julii Pietry należy przede wszystkim w całej debacie odpowiednio rozłożyć akcenty i obrać jakiś kierunek. - Albo krytykujemy ordynację większościową i wtedy przyjmujemy, że to, co się teraz dzieje, jest pewną atmosferą towarzyszącą ordynacji proporcjonalnej, albo zastanawiamy się nad jej zmianą - tłumaczy.  - Tego, co się teraz dzieje, nie rozumiem. Jesteśmy świadkami destrukcyjnego wpływu ordynacji proporcjonalnej na stan emocji polityków i jednocześnie obok tego trwa dyskusja, czy ordynacja większościowa jest lepsza. No, na coś się musimy zdecydować - dodaje. 

Pitera odniosła się też do słów Bożenny Bukiewicz, szefowej lubuskiej PO, która miała powiedzieć na regionalnym zjeździe partii, że "eksperci są niepotrzebni, skoro PO i tak przegra wybory".  - Wypowiedź pani poseł Bukiewicz przede wszystkim mnie zdumiewa, zwłaszcza, że to jest jej trzecia kampania do Sejmu. Żaden doświadczony polityk nie powinien mówić takich rzeczy. I to jest wszystko, co mam do powiedzenia na ten temat - skwitowała. 

Europosłanka pytana o szanse Platformy w jesiennych wyborach parlamentarnych wskazywała, że nic nie jest jeszcze przesądzone, a wygrana nadal możliwa. Muszą jednak zostać spełnione konkretne warunki. - Jeżeli zamiast zajmować się dyskusjami na temat wyglądu list, co mam nadzieję się skończy po ich rejestracji - wszyscy zabiorą się do roboty, to, oczywiście, jest szansa. W Platformie musi zdecydowanie obudzić się instynkt samoobrony, ale nie ten indywidualny tylko zbiorowy i musimy uwierzyć we własną siłę w wyborach - wyjaśniła. Nie wykluczyła też pesymistycznego scenariusza.  - Jeśli stan, który istnieje, będzie się utrzymywał, to oczywiście ten wynik będzie zagrożony. Wszystko zależy od nas i wszystko jest w naszych rękach - zaakcentowała.

"Przepraszam, czy do każdego problemu będą ściągać premiera?"

Zaznaczyła też, że Platforma Obywatelska powinna przestać poddawać się destrukcjom, w które próbuje ją wpychać PiS, przypominając zdarzenia z udziałem osób, które w wyborach z ramienia PO już nie startują. - Ciągle jesteśmy w to pakowani. To my powinniśmy pytać, czy naprawdę PiS planuje dać poparcie panu Biereckiemu, Zbigniewowi Ziobrze, czy panu Girzyńskiemu - podkreśliła. - Może Platforma by o to zaczęła pytać. Bo ja uważam, że o człowieku świadczą czyny, a nie rozmowy przy kolacji - dodała. 

Mocno skrytykowała też tezę wskazującą na to, że zamieszanie wokół list wyborczych to dowód kiepskiej pozycji i słabości Ewy Kopacz. - Pani premier pracuje na wizerunek Platformy Obywatelskiej, ale to, czy ludzie wybiorą nas w okręgach wyborczych, zależy od nas. Znowu powołam się na swoje doświadczenie. Trzykrotnie startowałam w okręgu pozawarszawskim  - w tym dwa razy płockim  i nigdy nie wspierał mnie Donald Tusk - wyjaśniła. 

- Polityk musi liczyć na siebie. Jeśli obywatele oczekują, że będzie rozwiązywał ich problemy, to musi umieć rozmawiać z ludźmi. Przepraszam, czy do każdego problemu będą ściągać premiera? Moi koledzy muszą tylko  udowodnić, że są zdolni do stawienia czoła konkurencji i tego nie zrobi za nich Ewa Kopacz. To oni startują w wyborach. Trzeba zakasać rękawy i wziąć się do roboty. To jest recepta na sukces i wyborcze zwycięstwo - spuentowała.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy