Wybory prezydenckie 2015

Jarubas: Chcę być bardziej aktywny niż Komorowski

Chcę być bardziej aktywny niż Bronisław Komorowski. Przez prezydenta powinny być wywoływane debaty kłopotliwe dla rządu, powinien być moderatorem dyskusji o ważnych kwestiach - mówi w wywiadzie dla Polskiej Agencji Prasowej Adam Jarubas, kandydat PSL na prezydenta.

PAP: Kampania może być brutalna. Ma pan twardą skórę?

Adam Jarubas: - To mierzenie się z własną słabością i element sprawdzenia samego siebie. Już biorąc udział w prekampanii wewnątrz PSL, musiałem wysłuchać trochę gorzkich słów. Dostałem ofertę i gdybym jej nie podjął, pewnie po latach mógłbym żałować.

Reklama

Czym się chce pan odróżnić od urzędującego prezydenta, by choć część jego wyborców chciała zagłosować na pana?

- Bardzo szanuję Bronisława Komorowskiego, ale chcę być bardziej aktywny. Nie mówię jednak, że prezydent nie jest; ale zawsze można być bardziej aktywnym. Głos prezydenta dotyczący wykluczenia, różnych imion biedy - edukacyjnej, ekonomicznej - może być lepiej słyszalny. Pewne debaty, kłopotliwe dla rządzących, powinny być wywoływane przez ośrodek prezydencki. Powinny być stawiane trudne pytania.

Prezydent powinien być bardziej, czy mniej zdystansowany wobec rządu?

- To duże uproszczenie, ale powinien być moderatorem ważnych dyskusji mających wpływ na kształt polityki, ale przy świadomości układu kompetencji. Prezydent wiele robi, ale pewnie można więcej. Nie chcę zaczynać kampanii od atakowania prezydenta. Są jednak pewne kwestie, które nie zostały przez niego podjęte.

- Będą o tym szczegółowo mówił, gdy będzie na to czas. Pokażemy przykłady. Nie musi to oznaczać atakowanie kogokolwiek, ale postawienie twardych pytań o to, gdzie jesteśmy.

Proszę teraz o jeden przykład.

- Pamiętam wywiad z Marcinem Królem, historykiem idei związanym z obozem liberałów gdańskich. Powiedział, że coś nie zagrało w 25 latach przemian, bo są obszary biedy, wykluczenia. Jeśli mówi to liberał, to oznacza, że nadal są sprawy, nad którymi powinniśmy się pochylić z perspektywy 25 lat wolności. Miało miejsce wiele pozytywnych rzeczy, ale są też środowiska, które sobie nie poradziły. Warto się zastanowić, na ile głowa państwa może być inicjatorem projektów próbujących bardziej zainteresować tymi grupami instytucje państwa. Nie chodzi tylko o rząd. Obrazowo mówiąc - by nie dochodziło do sytuacji jak z komornikiem, który wjeżdża sobie na podwórko i może oskubać z własności każdego z nas; i to w towarzystwie policji. Coś tu nie gra. Warto by się wdać w dialog z samorządem komorniczym, czy to tak powinno wyglądać. Takie sytuacje ośmieszają nasze państwo.

Pozostając przy konkretnych przykładach - w kampanii prezydenckiej może się pojawić kwestia budowy pomnika ofiar katastrofy smoleńskiej. Jakie by pan zajął stanowisko, gdyby był pan prezydentem?

- Boleję, że to trwa tak długo, bo to jest zarzewie wojny polsko-polskiej. Jak przeżywaliśmy tę traumę, to miałem nadzieję, że będzie to początek zbiorowej refleksji nad nijakością naszych relacji, gdy często walczymy ze sobą. Taki pomnik powinien powstać. Gdzie - to kwesta władz miasta.

Gdyby pan miał decydować - pomnik mógłby stanąć przed Pałacem Prezydenckim na Krakowskim Przedmieściu?

- Mnie by to nie raziło, jeśli by się tam wygospodarowało miejsce.

PiS jest głównym konkurentem ludowców w walce o głosy poza dużymi miastami. Spodziewa się pan ostrej rywalizacji z Andrzejem Dudą?

- Będziemy się odwoływać do jednego elektoratu. Nie chcę wyznaczać frontów w tej kampanii, bo to się samo będzie działo. Znając życie, to PiS pierwsze nas zaatakuje. Tak to zwykle bywało w naszych doświadczeniach. PSL zwykle wychodziło z propozycjami "na tak". Ale jeśli będą nas atakować, to się będziemy bronić. Największy bój będzie pewnie w przestrzeni małomiasteczkowo-wiejskiej.

A jak pan ocenia kandydaturę Magdaleny Ogórek, kandydatki SLD, czyli konkurentki z drugiej strony sceny politycznej?

- Będę się wypowiadał z szacunkiem. Mam szacunek do wszystkich ludzi. Nie miałem okazji jej poznać osobiście. Doceniam, i w jakiś sposób zazdroszczę, efektu rozpoznawalności na starcie kampanii.

Podczas prezentacji pańskiej kandydatury w sobotę zaprotestował pan, gdy szef PSL powiedział, że można się do pana zwracać: "Adasiu". Nie chce pan, by było zbyt słodko na początku kampanii?

- Babcia do mnie mówiła Adaś. Mama już nie. Polityka to gra interesów. Są w niej korelacje ułożonych wielopoziomowo powiązań. Mam świadomość, że z takim naiwnym podejściem można dostać łupnia. Życie mnie nauczyło, że trzeba się stanowczo dopominać swego, stąd trochę zaprotestowałem na to nazbyt familiarne, wygłoszone przez prezesa: "Adaś".

Jaki wynik w wyborach prezydenckich uzna pan za przyzwoity?

- Ktoś obliczył, że jeśli potencjał w PSL w wyborach samorządowych wyniósł 24 procent, to w parlamentarnych wynosi on 12-14 procent. Myślę, że bardzo realny jest wynik dwucyfrowy jeśli kampania będzie taka, jak sobie bym zamarzył, czyli z pełnym zaangażowaniem środowiska samorządowego. Grunt, by nasi wójtowie, radni i sołtysi potraktowali te wybory jako swoje. Patrząc na paletę kandydatów, którzy zadeklarowali chęć startu, to jestem jedynym, który wywodzi się ze środowiska wiejskiego. Dzisiaj zajmuję się czymś innym, ale kiedyś, mówiąc kolokwialnie, pracowałem w polu. Mam szacunek dla pewnego etosu pracy, rolniczego trudu. Czuję się reprezentantem Polski lokalnej i chcę się do niej bardzo mocno odwoływać.

Jednak pana głównym problemem może być mała rozpoznawalność.

- Poczekajmy. Kampania będzie służyć podniesieniu rozpoznawalności. Apelowałem do kolegów, że to nasza wspólna kampania, a nie tylko moja. Nas, ludowców, jest 140 tys. Nie najlepsze wyniki, które do tej pory odnosiliśmy w wyborach prezydenckich, pokazywały, że struktur nie udało się do tej pory obudzić. Jeden ze znajomych powiedział mi: "jeśli nie teraz, to kiedy".

Niektórzy odpowiadając na to pytanie, wskazują, że ubieganie się o fotel prezydenta powinno być zwieńczeniem kariery politycznej. Pan w ten sposób debiutuje w polityce ogólnopolskiej.

- Niektórzy zaczynają od bycia posłem, inni od szczebli samorządowych. Mimo średniego wieku, bo młodym się nie mogę nazwać, mam dość dużo doświadczeń politycznych. Moja pierwsza praca miała miejsce w Sejmie. Byłem asystentem niepełnosprawnego posła. Wtedy się zacząłem interesować polityką. Byłem radnym powiatowym trzy kadencje w sejmiku. Styk z administracją rządową to dobra szkoła. Mam 40 lat, ale w PSL-u jestem 22 lata. W czasie Rady Naczelnej podziękowałem takim liderom jak Waldemar Pawlak czy Jarosław Kalinowski, że mogłem się od nich uczyć.

Pański start w wyborach może oznaczać, że druga tura i starcie w niej obecnego prezydenta z Andrzejem Dudą jest bardziej prawdopodobne. Według części pana partyjnych kolegów to najgorszy scenariusz dla PSL, które zniknie z kampanii.

- Musimy wyważyć interes PSL-u i interes Polski. Wartości dla nas, ludowców, zawsze były ważne. Bronisław Komorowski w przypadku naszego poparcia też mógłby nie uzyskać 50 proc. w pierwszej turze. Wtedy też byłaby dla nas trudna sytuacja. Pułapek jest wiele. Jesienią są wybory parlamentarne. PSL, myśląc o nich, powinno uczestniczyć w debacie. Upraszczając - myśląc o kimś, moglibyśmy sobie odstrzelić kolano. Każde środowisko, zwłaszcza o tak pięknej historii, powinno mieć aspiracje i możliwość do tego, by wystawić własnego kandydata. Skorzystaliśmy z niej i nawet słaby wynik - choć wierzę, że będzie dobry - niesie w sobie mniejsze ryzyko niż niewystawienie kandydata.

Dlaczego?

- Daje partii możliwość mobilizowania struktur, utrzymania aktywności. Ktoś powiedział, że wojsko może zwolnić, ale nie może usiąść. Gdybyśmy poparli prezydenta, te struktury by na 100 procent nie pracowały, choć jest on bardzo szanowany w naszym środowisku. Im niżej w hierarchii partii się pytało, tym częściej padała odpowiedź: wystawiajmy własnego kandydata.

Co wystawienie takiego kandydata jak pan mówi o Stronnictwie?

- Mój start, jako osoby średniego pokolenia, pokazuje przemianę, która zaszła w PSL-u. Przez lata nie moglibyśmy się pozbyć partii starszych ludzi. Za sprawą Janusza Piechocińskiego doszło do zmian.

Zdystansował się pan ostatnio od transferu do PSL byłych posłów Ruchu Palikota. To oznacza, że pańskie poglądy są na prawo od Janusza Piechocińskiego?

- Jestem umiarkowanym konserwatystą. Mam na myśli umiłowanie wartości, tradycji, przekonanie o znaczeniu społecznej nauki Kościoła w programach politycznych.

Jakie jest pana zdanie na temat związków partnerskich?

- Nie jestem entuzjastą, który się od razu zapala do projektu. Chociaż chcę bardzo podkreślić, że jestem tolerancyjny.

Kolejny aktualny temat dotyczący sfery światopoglądowej to konwencja "antyprzemocowa".

- Na szczegółową prezentację stanowisk w odniesieniu do głównych pytań przyjdzie czas. Wtedy będziemy pokazywać profil.

Będzie pan w przyszłości prezesem PSL?

- Gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, że będę kandydował na prezydenta, to bym go poważnie nie potraktował. Czasem człowiek staje wobec wyzwań, których sam nie przewidywał. Pojawiały się głosy, że gotowość na start wyborach jest początkiem mojej kampanii na prezesa partii. Życzę PSL-owi, by Janusz Piechociński mógł się jak najdłużej sprawdzać jako lider. Wywiązuje się z tej funkcji bardzo dobrze. Na dzisiaj w moim otoczeniu nie analizuje się scenariusza wybiegającego dalej niż ta, czy może kolejna kadencja Piechocińskiego.

Według niektórych polityków PSL szef partii postawił na pana, by przez słaby wynik w wyborach pana osłabić.

- Jestem przekonany, że moja siła wynika z tego, że funkcjonuję w lokalnym środowisku. Nikt by nie mówił, że Jarubas może startować na prezydenta, gdybym był tylko wiceprezesem PSL. Moja droga prowadzi od dołu - od gminy, powiatu, województwa. Pełnię funkcję marszałka i czuję się z tym dobrze. Mam więcej do zyskania niż do stracenia.

Rozmawiał Grzegorz Łakomski 

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje