Wybory. Francuska wieś - miejsce na polityczne samobójstwo

Żadnej kawiarni, sklepu, handlu. Nawet kościół od kilku lat zamknięty na cztery spusty, bo nie ma komu odprawiać mszy. Nie ma tu nic, więc tylko polityczny samobójca mógłby tracić czas na wiece w takim miejscu. Jednak tysiące podobnych wsi również zdecyduje, kto przez najbliższe pięć lat będzie rządził Francją i miał wielki wpływ na Unię Europejską. W dniu wyborów Interia odwiedziła Les Figons, małą wieś w Prowansji.

Francuskie odludzie. Piękne widoki, cudowne wille rozsypane między wielkimi ogrodami, a latem zapach lawendy. I 783 uprawnionych do dzisiejszego głosowania na prezydenta Francji.

Reklama

- Znamy się tu wszyscy, na ulicy nie spotkasz osoby, która nie powie: "dzień dobry" - uśmiecha się Jean, który oprowadza mnie po Les Figons i dodaje z uśmiechem: - To dobra wieś, mądrzy ludzie. W końcu w I turze Emmanuel Macron pokonał tu Marine Le Pen (193 do 83).

Pocałunek i do urny

Wieś leży 40 km od Marsylii i 8 km od Aix en Provence. Na pagórkowatym terenie, z posiadłościami wartymi milion euro i więcej. Centrum ma jednak zwartą zabudowę. Tak zwartą, że nie ma szans, by na głównej ulicy przecisnęły się obok siebie dwa auta. Za to pod domem brakuje pięciu metrów kwadratowych na parking. Dziesiątki pojazdów zostają więc przed wjazdem do mieściny, a mieszkańcy resztę drogi pokonują pieszo.

Na polskiej wsi w niedzielę najważniejszym miejscem jest kościół. W Les Figons w centrum też jest świątynia, ale zamknięta od kilku lat. Kiedyś ksiądz przyjeżdżał tu raz w tygodniu , ale dziś podobnych miejscowości musi odwiedzić o wiele więcej, a rąk do posługi kapłańskiej brakuje. Dlatego mieszkańcy Les Figons do kościoła muszą jeździć 5 km. Po ich świątyni został już tylko budynek i gdyby tam ktoś urządził lokal wyborczy, pewnie niewiele osób by protestowało.

W niedzielę najważniejszym miejscem jest tu Maison Communale, gdzie mieści się lokal wyborczy. Na co dzień mieszkańcy grają w nim karty, w szachy, uczą się języka angielskiego. Teraz nastrój też jest przyjazny. Od rana tętni życie, jeśli za tętnienie życiem uznamy rozmowę czterech osób na raz. Mieszkańcy - francuskim zwyczajem - witają się z członkami komisji pocałunkami i zabierają ze stolika dwie kartki z nazwiskami kandydatów. Jedną wkładają do koperty i wrzucają do urny, drugą mogą zostawić sobie na pamiątkę.

Swastyka i Le Pen

W pierwszej turze wygrał tu Francois Fillon (otrzymał 239 głosów, przy frekwencji 83,27 proc.), w drugiej faworytem mieszkańców Les Figons jest Macron. Le Pen się boją. Mówią, że potrafi tylko krytykować i obawiają się, że zrujnowałaby kraj ekonomicznie. Z plakatów wyborczych uderza jeszcze jeden zarzut - na tych z podobizną Le Pen dorysowane są swastyki, zdarzają się też napisy "Nazi bitch".

- Jestem ostrożny, bardzo ostrożny, bo wiem, że pycha zgubiła już wielu polityków. Macron powinien jednak zwyciężyć. Po I turze miałem obawy, ale w debacie zdeklasował Le Pen. Ona tradycyjnie tylko szczekała, a Macron w wyważony sposób ją punktował. Ale spokojnie, z lekką niepewnością czekamy do godziny 20 - uśmiecha się Jean.

Piotr Jawor, Les Figons, Francja

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje