Wybory we Francji. Frekwencja, o jakiej możemy pomarzyć

Od lat frekwencja we francuskich wyborach prezydenckich oscyluje w granicach 80 procent. O takim wyniku Polacy mogą tylko pomarzyć. Dziś Francuzi wybierają między Marine Le Pen a Emmanuelem Macronem.

Dziś Francuzi, w drugiej turze, wybierają prezydenta. Zdecydowanym faworytem sondaży jest centrysta Emmanuel Macron (En Marche!), na którego kilka dni przed wyborami, oddanie głosu deklarowało 60 proc. obywateli. Zwolennicy Macrona jednak drżą, a wszystko przez niepewną frekwencję.

Reklama

Komentatorzy i eksperci uważają, że tylko słaba mobilizacja Francuzów może zniweczyć plany Macrona. Ich zdaniem niska frekwencja to woda na młyn Marine Le Pen, kandydatki skrajnej prawicy. Jej wyborcy są zdyscyplinowani i na pewno udadzą się do urn.

W niedzielę, od samego rana, niemal w całej Francji pada. Deszcz zniechęca. Ludzie wolą zostać w domu, niż z niego wychodzić tylko po to, by postać w długiej kolejce i oddać głos na jednego z dwóch kandydatów, którzy nie przekonują. Bo zwykli Francuzi mówią wprost, że niedzielne głosowanie to wybór między "mniejszym złem".

Po pierwszej turze francuskie media zwracały uwagę, że frekwencja nie była zadowalająca. Bardzo rzadko się zdarza, by nie osiągnęła 80 proc. Tak jednak było 23 kwietnia. W pierwszej turze wyborów we Francji do urn poszło 77,77 proc. uprawnionych. Na polskie warunki byłaby to liczba wręcz oszałamiająca. Francuzi są jednak zaniepokojeni i mówią o kryzysie.

Można mówić, że Francja szargana jest różnymi problemami, a w obecnych wyborach ważą się nie tylko jej losy, a także całej Europy. Można mówić, że nie jest to ta sama Francja, co jeszcze kilkanaście lat temu. Można mówić, że poprzednie władze nic nie zrobiły z problemem imigrantów, którzy nie potrafią się zasymilować z tradycyjnym, francuskim społeczeństwem. Ale jak na tle państwa z tak gigantycznymi problemami wypada Polska?

Prześledziliśmy frekwencję podczas trzech ostatnich wyborów prezydenckich w Polsce i we Francji. Przeraża skala różnicy. Rekordowe w Polsce, pod względem frekwencji, były wybory w 1995 roku, kiedy to w drugiej turze Lech Wałęsa stanął w szranki z Aleksandrem Kwaśniewskim. Wówczas Polacy się zmobilizowali i tłumnie ruszyli do urn. O wyniku z tamtych lat - 68,23 proc., dziś możemy pomarzyć.

W XXI wieku rekordowe były ostatnie wybory, kiedy to w II turze na Andrzeja Dudę lub Bronisława Komorowskiego zagłosowało 55,34 proc. uprawnionych.To wciąż zdecydowanie mniej, niż najsłabszy (!) wynik Francuzów, czyli 77,77 proc. z pierwszej tury wyborów w 2017 roku.

Jak się okazuje, od Francuzów możemy się jednak czegoś nauczyć.

Frekwencja w trzech ostatnich wyborach prezydenckich w Polsce i we Francji:

Francja, 2007:

85,6 proc. w I turze

84 w II turze

Francja, 2012:

79,48 w I turze

80,35 w II turze

Francja, 2017:

77,77 w I turze

Polska, 2005:

49,74 w I turze

50,99 w II turze

Polska, 2010:

54,94 w I turze

55,31 w II turze

Polska, 2015:

48,96 w I turze

55,34 w II turze

Łukasz Szpyrka

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL