​Z braku laku Macron

Co o niedzielnych wyborach prezydenckich we Francji sądzi paryska ulica? Sprawdziliśmy.

Z całą pewnością nie będzie nadużyciem stwierdzenie, że Boulevard de Strasbourg w 10. dzielnicy Paryża to rewir czarnoskórych. Stoją na chodniku pojedynczo lub całymi grupami. Słuchają muzyki, palą trawkę. Potrafią tak stać całymi godzinami i całymi dniami. Nietutejsi jedynie przemykają z puntu A do punktu B, często w pośpiechu i ze spuszczonymi głowami. Tutejsi stoją. Wokół same salony fryzjerskie. Gdy bulwarem kroczy czarnoskóra dziewczyna, rozpoczyna się walka między nagabywaczami - czarują damę na wszystkie sposoby, by to właśnie w ich salonie zrobiła sobie warkoczyki. Oprócz nagabywaczy fryzjerskich, są tu jeszcze nagabywacze od klubów ze striptizem i prostytutek. Pokazują zdjęcia, zachwalają niskie ceny. Na murze widnieje sporych rozmiarów plakat "NO HATE. NO LEPENISM". Tutaj Marine Le Pen nie ma co szukać głosów.

Reklama

Gdy skręcimy w Rue du Château-d'Eau i dotrzemy do Rue du Faubourg-Saint-Denis, nagle znajdziemy się w innym świecie - salony fryzjerskie znikają, Berberowie sprzedają warzywa i owoce, a przy stolikach z papierosem i lampką wina siedzą studenci, bohema i wszelkiej maści hipsterzy. Ten ostatni termin co prawda z biegiem lat trochę się wytarł, ale tak mi powiedziano: - To dzielnica hipsterów.

A konkretnie powiedziała mi tak rudowłosa Mathilde, która wybrała się do Le Mondial ze znajomymi.

Hipsterzy hipsterami, wino winem, ale i obowiązek obowiązkiem - zapytałem więc o wybory.

- Ten Macron... on reprezentuje tych, co rządzą nami od zawsze. On nie jest nikim nowym. Tak się przedstawia, ale nie wierz w to. Nie wydaje mi się, żeby mógł zrobić wiele dobrego. Boli mnie, że w tej kampanii nie mówi się o tym, co jest ważne, a uważam, że ważne jest na przykład nasze środowisko, powietrze, przyroda, klimat. No zagłosuję na tego Macrona, chyba nie mam wyjścia - wzdycha Mathilde.

- W pierwszej turze myślałam o zakreśleniu Melenchona, ale stwierdziłam, że gdyby wszedł do drugiej tury, to mógłby przegrać z Le Pen, więc strategicznie... nie poszłam głosować - przyznaje.

Rozmowa przybiera niespodziewany obrót, bo Mathilde intensywniej wypytuje mnie o polską scenę polityczną niż ja ją o francuską.

Różnica będzie ważna

Kilka kwadransów później decyduję się na kontynuację przedwyborczej pielgrzymki paryskimi ulicami i spotykam dwie zwolenniczki Emmanuela Macrona rozdające ulotki.

- Nie można mówić, że wybory są już wygrane. Wielu ludzi nie chce iść głosować, a to działa na korzyść Le Pen. Chciałybyśmy, żeby Macron miał 65 procent, wtedy to zwycięstwo będzie miało jakieś znaczenie. Dlatego robimy wszystko, żeby pomóc.

Dziewczyny wracają do rozdawania ulotek, ale jakoś ludzie nie chcą brać. Może już takie mają.

Stojący 50 metrów dalej kolejny ulotkarz Macrona zdziwił się niepomiernie.

- 65 procent? Tak panu powiedziały? Niewykonalne. 61 już będzie super.

Afera na cały kraj

Wreszcie udaje mi się spotkać zwolennika Marine Le Pen.

Michel, starszy i elegancki dżentelmen - perfekcyjnie wypastowane buty, okulary w nowoczesnych oprawkach, obowiązkowy szaliczek - zapowiada, że "raczej" zagłosuje liderkę Frontu Narodowego. Dziś jest emerytem, a jego pasja to golf, wnioskuję więc stereotypowo i na własny użytek, że to już okolice klasy wyższej.

- Nie chcę, żeby Francja wychodziła z Europy (Francuzi Unię Europejską często nazywają po prostu "Europą" - przyp. MM), ale uważam, że jest problem z muzułmańską mniejszością, która nie chce się asymilować i to w ich gronie wychowują się kolejni terroryści. Poza tym niech pan zobaczy, co dzieje się tutaj, na przedmieściach Paryża. Kobiety nie są obsługiwane w arabskich lokalach! W telewizji to pokazywano, zrobiła się afera na cały kraj. Le Pen dostrzega ten problem. Moim zdaniem wyjście ze strefy euro będzie dla nas zabójcze, ale liczę, że parlament i obywatele do tego nie dopuszczą i jakby co, zablokują Le Pen.

Inaczej na sprawę patrzy rosły, wysportowany David, który bardziej wygląda jak australijski surfer niż właściciel małego paryskiego biura wycieczek.

- Le Pen masowo popierają małe, odizolowane miejscowości na północy, gdzie często nie ma żadnych imigrantów. Wytłumaczenie jest proste. Ludzie oglądają za dużo telewizji. W ten sposób wyrabiają sobie zdanie. To media zasiewają w nich nienawiść. Moi koledzy z Anglii mówili, że to samo było u nich.

David nie rozumie, jak można było zaakceptować Front Narodowy do tego stopnia, że dziś jest "normalną partią".

- Kiedy jej ojciec przeszedł do drugiej tury, na ulicach były protesty! Oburzenie było ogromne. A teraz Le Pen traktowana jest jak ktoś zupełnie normalny, nawet przez przeciwników.

Juventus (podobno) zagrał świetnie

Nicolas, z którym spotykamy się dzień przed swoją piątkową, przedwyborczą pielgrzymką, pracuje w banku, ale śmieje się, że nie jest żadnym "golden boyem", jak określa się Emmanuela Macrona.

- Studiowałem informatykę i tym się zajmuję, żaden ze mnie bankier - zaznacza.

Kampanię wyborczą krytykuje jako zbyt mocno okraszoną aferami, a środową debatę przestał oglądać po pół godzinie i przełączył się na Ligę Mistrzów.

- Juventus świetnie zagrał, żałuj, że nie widziałeś - usłyszałem i pożałowałem.

Choć w pierwszej turze głosował na Francois Fillona, teraz nie widzi innej możliwości, jak zaznaczyć Macrona.

- Tak, uważam, że Le Pen jest niebezpieczna. Nieważny głos to prezydentura dla Le Pen, dlatego zagłosuję na Macrona, choć wcale mnie nie przekonuje. Imigranci? Nie ma żadnego problemu z imigrantami - ucina Nicolas, pokazując mi zarazem, jak się je ślimaka (co za ironia losu! - pomyślałem, przypomniawszy sobie słowa wiceministra Kownackiego...).

- Problemem są wszelkie ekstremizmy. Zarówno islamski radykalizm, jak i nacjonalizm Frontu, ale też ekstremizm lewicowy, reprezentowany przez Melenchona. To jest problem, a nie imigranci czy muzułmanie. Front zyskuje przede wszystkim na postawie "oni już rządzili, a my nie". Co wybory mają większe poparcie - kręci głową niezadowolony.

Nicolas dopytuje przy okazji, czy w Polsce mówiło się o sprawie Whirpoola w kontekście francuskiej kampanii wyborczej (przykład Whirpoola i Łodzi stał się symbolem wyprowadzania miejsc pracy z Francji za granicę). Przyznaję, że owszem, mówiło się.

- Ha! To jest totalna bzdura, burza w szklance wody - triumfuje Nicolas znad tatara.

I znów, jak nieraz to się zdarzało w minionych tygodniach, moich rozmówców łączy jedno. Wszyscy zdają się nie dowierzać, że przyszłość przyniesie cokolwiek dobrego.

Michał Michalak, Paryż

Interia nad Sekwaną. Czytaj nasze korespondencje z Francji

Zobacz wideoblog Michała Michalaka

Najnowsze doniesienia z Francji również na naszych profilach na Facebooku i Twitterze

Obserwuj autora na Facebooku

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje