Zamach w Manchesterze

Zamach w Manchesterze. Krzysztof Liedel: Czarny scenariusz się ziścił

- Brytyjczycy mówili, że w ostatnich miesiącach udało im się wykryć i udaremnić kilka spisków, które miały doprowadzić do ataku terrorystycznego. Służby na całym świecie informowały o wzroście zagrożenia w Europie, a Wielka Brytania była wskazywana jako potencjalny cel. Czarny scenariusz się po prostu ziścił - podkreśla w rozmowie z Interią dr Krzysztof Liedel, dyrektor Centrum Badań nad Terroryzmem Collegium Civitas. W nocy z poniedziałku na wtorek w Manchesterze doszło do zamachu, w wyniku którego zginęły przynajmniej 22 osoby.

Łukasz Szpyrka, Interia: Minęło już wiele godzin od wydarzeń w Manchesterze, a wciąż nie wiemy, co było przyczyną wybuchu i śmierci 22 osób. Dlaczego?

Reklama

Krzysztof Liedel, dyrektor Centrum Badań nad Terroryzmem: - Wynika to ze specyfiki i procedur służb brytyjskich. Dostajemy tylko lakoniczne wypowiedzi z ich strony, a organizowane przez policję briefingi są bardzo krótkie, polegają na przekazaniu określonego komunikatu. Zwołana jest natomiast COBRA, czyli zespół zarządzania kryzysowego. Tam na pewno powstanie obraz tego, z czym mieliśmy do czynienia. Najpierw zostanie poinformowany rząd, a potem dowiemy się my. Brak jakichkolwiek informacji nie jest więc przypadkowy. Brytyjczycy mają po prostu takie procedury. Zresztą mają oni to doskonale opanowane. Już w 2005 roku to im pomogło. Te wszystkie procedury pomagają im panować nad sytuacją, a pod tym względem Brytyjczycy mogą być przykładem dla innych. Ich komunikaty dają też odpowiedni element psychologiczny.

Ma pan diagnozę, co tam się stało i kto to zrobił?

- Jest za wcześnie, by szukać diagnozy. Trzeba jednak jasno powiedzieć, że Brytyjczycy mówili, że w ostatnim czasie, w ostatnich miesiącach, udało im się wykryć i udaremnić kilka spisków, które miały doprowadzić do ataku terrorystycznego. Służby na całym świecie informowały o wzroście zagrożenia w Europie, a Wielka Brytania była wskazywana jako potencjalny cel. Czarny scenariusz się po prostu ziścił.

Poziom zagrożenia atakiem terrorystycznym w Wielkiej Brytanii znajduje się od dłuższego czasu na czwartym poziomie w pięciostopniowej skali. Co to właściwie oznacza?

- Stopnie i kolory wprowadzone w wielu krajach mają na celu określenie możliwego zagrożenia i uruchomienie określonych procedur, w zależności od tego, z jakim stopniem mamy do czynienia. W Wielkiej Brytanii rzeczywiście było tak, że czwarty stopień utrzymywał się od dłuższego czasu. Wiązało się to z informacjami wywiadowczymi i spiskami, które udało się udaremnić. Generalnie czwarty stopień jest niemal najwyższy. Piąty jest wtedy, gdy już dochodzi do zamachu terrorystycznego. Na czym dokładnie polega czwarty stopień? W sytuacji, kiedy mają informację, że jest planowany zamach, że jest przygotowywany, a nie wiedzą tylko kiedy i gdzie miałby miejsce, a także kto ma go przeprowadzić. Służby otrzymują określone zadania w tym zakresie, żeby kontrolować, monitorować i prowadzić określone działania. Jednocześnie wiąże się to z procedurami dla zwykłych obywateli.

Na razie spływają do nas szczątkowe informacje, ale na niektórych filmach widać zachowanie służb bezpieczeństwa. Jak oceni pan ich postawę?

- To co dociera do nas ze strony medialnej, to naturalne elementy. Najpierw jest mechanizm zaprzeczenia, czyli wyparcia. Ludziom się wydaje, że nic się nie stało, bo niby dlaczego? Zastanawiają się, czy nie wybuchł może balon, bo zresztą takie informacje były od świadków zdarzenia. Potem nadchodzi to, co dzieje się w tłumie, czyli panika. Ten element zawsze zaistnieje. Nie da się go wyeliminować. Skuteczność służb ocenia się przez pryzmat tego, jak szybko uda się nad paniką zapanować. Wydaje się, że Brytyjczycy nie potrzebowali do tego dużo czasu. Bardzo dobrą rolę odegrał człowiek, który zajmował się w hali konferansjerką. Widać było, że był przygotowany, panował nad własnymi emocjami. Wydawał konkretne, stanowcze polecenia. Jego rola była bardzo duża, że udało się zapanować nad paniką. A żeby była jasność - to nie jest łatwe.



Koncert gwiazdy pop wiąże się z dość młodą publicznością. Czy służbom łatwiej zapanować nad tłumem nastolatków, czy może przeciwnie?

- Raczej nie ma to znaczenia. Ważniejszy jest personel, jego przeszkolenie. Czy umie zapanować nad tłumem. Z drugiej strony analizy pokazują, że przy atakach, w których są ludzie starsi mający problemy z poruszaniem się, jeszcze trudniej zapanować nad tłumem.

Dlaczego do ataku doszło akurat podczas koncertu Ariany Grande, a nie na przykład trzy tygodnie temu, gdy również w Wielkiej Brytanii odbyła się walka Anthony Joshua - Władimir Kliczko. Medialnie było to zdecydowanie większe wydarzenie. Takie imprezy, jak wczorajsza, są słabiej zabezpieczane?

- Nie doszukiwałbym się specjalnego planu ze strony tych, którzy dokonali tego zamachu. Raczej wynikało to z ich możliwości operacyjnych. Po prostu tutaj, na tej imprezie, byli w stanie przygotować atak. Byli w stanie się tam dostać, w miarę blisko hali i podjąć to ryzyko. Nie dopatrywałbym się żadnej symboliki ani specjalnego traktowania tego koncertu. Istota polegała na tym, że miała być to impreza masowa, duża liczba osób w określonym miejscu i przeprowadzenie zamachu. Często jest tak, że sam plan takiego zamachu - obojętnie czy była to pojedyncza osoba, czy grupa - istnieje, ale wiele zależy od innych czynników, okoliczności w konkretnym dniu, w konkretnym momencie.


Dowiedz się więcej na temat: Wybuch w Manchesterze

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje