Zamach w Paryżu

Francja: Podwójny szturm policji. Zamachowcy nie żyją

Francuskie jednostki antyterrorystyczne przeprowadziły jednocześnie dwa ataki - na budynek w Dammartin-en-Goele, w którym zabarykadowali się zamachowcy z "Charlie Hebdo" i na sklep koszerny na obrzeżach Paryża. W sklepie tym mężczyzna wziął zakładników, co najmniej 4 z nich zginęło.

Tuż po godzinie 17 elitarne oddziały żandarmerii GIGN przypuściły atak na drukarnię ulotek reklamowych w Dammartin-en-Goele pod Paryżem. Od rana zabarykadowali się tam bracia Said i Cherif Kouachi podejrzani o zamach na redakcję "Charlie Hebdo". Jak informuje AFP, zamachowcy wyszli na zewnątrz i zaczęli strzelać do sił specjalnych. Już wcześniej mówili, że nie mają nic do stracenia i chcą umrzeć "jak islamscy męczennicy". Jeden policjant został ranny.

Reklama

Wbrew wcześniejszym informacjom, zamachowcy nie zabarykadowali się z zakładnikiem. Nie zdawali sobie sprawy, że nie są sami w budynku - podały francuskie media.

Według "Le Figaro", gdy dwaj napastnicy weszli do drukarni, nie wiedzieli, że w środku ktoś jest. Oprócz nich przebywał tam też 27-letni grafik o imieniu Lilian.

Między godz. 9 a 11 rodzina bezskutecznie usiłowała się z nim skontaktować. Po kilku godzinach ojciec Liliana dostał SMS-a od syna, w którym poinformował on, że "ukrył się na pierwszym piętrze". "Oni chyba wszystkich zabili. Powiedz policji, by interweniowała" - napisał.

Według telewizji BFM-TV mężczyzna ukrył się w kartonie i przez kilka godzin przekazywał dokładne informacje siłom bezpieczeństwa.

Niewielkie liczące ok. 8 tys. mieszkańców Dammartin-en-Goele było w piątek wymarłym miastem - pisze AFP. Nie działały szkoły, pozamykano sklepy i zablokowano drogi. Władze zaapelowały do mieszkańców, by zostali w domach.

Dammartin-en-Goele znajduje się ok. 40 km od zalesionego obszaru, w którym służby poszukiwały w czwartek domniemanych zamachowców.

Piątkowa operacja kończy trwające trzy dni poszukiwania 32-letniego Cherifa i 34-letniego Saida, którzy w środę dokonali masakry w redakcji tygodnika "Charlie Hebdo". W jej wyniku zginęło 12 osób, w tym znani rysownicy i dwaj policjanci.

Szturm na sklep

W tym samym czasie, gdy antyterroryści przypuścili atak na zamachowców w Dammartin-en-Goele, przeprowadzono szturm na sklep koszerny w Paryżu. Afrykańczyk Amedy Coulibaly, który wziął kilkoro zakładników, został zabity. Wcześniej, uzbrojony w dwa kałasznikowy napastnik, zażądał wypuszczenia na wolność dwóch braci, zabójców z redakcji "Charlie Hebdo".

Policji udało się uwolnić zakładników.

Media podają, że podczas szturmu zginęło co najmniej czterech zakładników. Są też informacje o czterech osobach rannych.

Media francuskie publikują zdjęcia pokazujące ewakuację zakładników ze sklepu; na zdjęciach widać kobiety i mężczyznę niosącego dziecko.

Cztery osoby są ciężko ranne - podało źródło zbliżone do sprawy, cytowane przez dziennik "Le Figaro".

Według innych doniesień ranny został policjant.

Telewizja CNN podała, że z miejsca zdarzenia uciekła wspólniczka Coulibaly'ego, 26-letnia Hayat Boumeddiene.

Coulibaly w czwartek - dzień po zamachu w "Charlie Hebdo" - otworzył ogień do policjantów w Montrouge na południowym przedmieściu Paryża; raniona przez niego policjantka zmarła. W związku z tym zdarzeniem policja poszukiwała jego i Boumeddiene.

Źródła policyjne podawały, że pomiędzy Coulibalym a sprawcami zamachu w "Charlie Hebdo" jest związek - wszyscy oni mieli należeć do tej samej komórki dżihadystycznej, która zajmowała się wysyłaniem do Iraku francuskich ochotników.

PAP/IAR/INTERIA
Dowiedz się więcej na temat: zamach w Paryżu

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje