Zamach w Tunezji

Biernacki: Polskie służby natrafiły na zapowiedź zamachu

Szef Centrum Antyterrorystycznego przekazał komisji informację, że półtorej godziny przed zamachem na Twitterze pojawiła się informacja, że kultura europejska w Tunezji niedługo bardzo odczuje gniew islamu - mówi w Kontrwywiadzie radia RMF FM szef sejmowej speckomisji Marek Biernacki. - Być może celem miały być 2 budynki - nie tylko muzeum, ale i parlament - dodaje były szef MSW.

Konrad Piasecki: Czy polskie służby wiedzą, kto stał za zamachem w Tunezji?

Reklama

Marek Biernacki: Jeszcze tej wiadomości nie ma. Polskie służby współpracują z służbami partnerskimi, europejskimi, które mają bardzo dobre informacje, dobrze rozpoznany teren i prawdopodobnie w niedługim czasie będziemy mieli tę pewną informację, kto stał za zamachem.

Ale rozumiem, że podstawowa hipoteza jest taka, że to byli terroryści, którzy są jakoś tam wspierani, czy inspirowani, przez Państwo Islamskie.

- Tak, bo to są organizacje sieciowe, bo nawet Al-Kaida Maghrebu czy Salehu, jak to się mówi, jest też związana z Państwem Islamskim. To są organizacje sieciowe, tam jest szereg różnych organizacji, zresztą w Tunezji też są organizacje terrorystyczne, ekstremistyczne islamskie i sporo tych grup będzie się przyznawało, że to one stoją za zamachem. Ale środowisko jest jedno, ściśle określone.

Według polskich służb takie zamachy mogą się powtarzać na tym obszarze północnej Afryki, w samej Tunezji?

- Tak, tak. Tunezja była jak dotąd - o czym trzeba powiedzieć - w miarę bezpiecznym państwem. Państwem, które wyszło obronną ręką z arabskiej wiosny. Tam zmiany były naprawdę pozytywne, w ciągu ostatnich dwóch lat nie było żadnego tego typu zamachu. Podejrzewam, że właśnie dlatego, że państwo zaczęło się rozwijać, został ten atak skierowany.

Nasze służby uważają, że to był rzeczywiście atak trochę przypadkowy na turystów? Czy turyści byli jego głównym celem? Bo jest taka wersja, że terroryści próbowali wejść do parlamentu i to, że z tego parlamentu zostali wyparci sprawiło, że uderzyli w turystów.

- Tę informację mogę ujawnić, że szef CAT-u (Centrum Antyterrorystycznego - red.) przekazał informację komisji, że godzinę, czy półtorej godziny przed zamachem na Twitterze pojawiła się informacja, że ""kultura europejska w Tunezji bardzo odczuje niedługo gniew Allaha czy islamu". W każdym razie tego typu pojawiły się informacje.

To muzeum mogło być celem pierwotnym.

- Tak i to by wskazywało, że jednak być może dwa budynki miały być celem, nie tylko muzeum,  ale też i parlament. Ale te szczegóły, tak jak podkreślam, poznamy w najbliższym czasie, bo na pewno będziemy do tego dążyli, żeby znać każdy szczegół - kto wykonał ten zamach i kto za nim stał.

A gdzie pan, panie przewodniczący,  odnalazł analogię do 11 września? Bo wczoraj mówił pan w TVN24, że to polski 11 września.

- Prosta jest analogia - bo to jest taki pierwszy zamach - nie chodziło o wielkość, w żadnym wypadku - w całej mojej wypowiedzi polegało to na tym, że do Polaków dotarła informacja, że nie jesteśmy państwem, narodem, które tego typu zamachy omijają. Globalizacja świata powoduje, że cała Europa, obywatele całej Europy są celem terrorystów islamskich. To jest taka pierwsza forma zupełnie zorganizowana, która uderzyła w taką grupę Polaków.

A służby wieszczą jakieś problemy terrorystyczne tego typu w Polsce?

Służby monitorują sytuację. Musimy pamiętać, że to, co się dzieje w Syrii, Państwo Islamskie... Tam jest mnóstwo ochotników z Europy, którzy w którymś momencie zaczną wracać.

Już wracają do strefy Schengen.

- W Berlinie jest kilkudziesięciu salafitów, bardzo radykalnych islamistów, którzy walczyli w Syrii. I oni wrócili, tak samo jest w Niderlandach, Belgii, Holandii, w państwach skandynawskich. Jak wracają do Skandynawii, to przez Polskę. Unia Europejska nie zna granic. Musimy się obawiać. Służby muszą być czujne, cały czas współpracować ze swoimi partnerami - robią to zresztą - i cały czas monitorować tego typu zagrożenia. Musimy też pamiętać, że terroryści wybierają cele, których się nie spodziewamy.

Przechodząc na polski grunt - czy afera podsłuchowa powinna pociągnąć za sobą nowe ofiary? To pytanie także do polityka.

- Nie wiem, co było na tych taśmach, co jest na tych taśmach, co zostanie ujawnione.

Ale mamy kolejne nazwiska podsłuchanych, mamy kolejne nagrania.

- Zawsze stałem na stanowisku, że podsłuchy były działalnością nielegalną i osoby, które były podsłuchiwane, są ofiarami. Ale, tak jak podkreślam, prokuratura - i to mówiłem z pełną odpowiedzialnością - wydzieliła kilka postępowań z tych rozmów, które wskazują na to, że te rozmowy mogły mieć jakieś podłoże nie do końca czyste i zgodne z prawem.

Pytam wprost - czy wiceminister skarbu, który w restauracji omawia plany prywatyzacyjne, powinien pozostać na stanowisku?

- Jeżeli omawia to z osobami, które w tym uczestniczą - jeżeli prokuratura to potwierdzi, to oczywiście, że powinien zrezygnować. Zresztą nie będę ukrywał, że postępowanie prokuratorskie wyjaśni całkowicie tę sprawę.

A czy szef Najwyższej Izby Kontroli powinien rozmawiać w restauracjach z ludźmi biznesu? Wiem, że pan lubi Krzysztofa Kwiatkowskiego, ale powinien to robić czy nie?

- Nie, oczywiście, że ma piękny, ładny gabinet i powinien rozmawiać w gabinecie prezesa Najwyższej Izby Kontroli. Tak jak zresztą i inni moi koledzy. Sprawy służbowe powinny być omawiane w ministerstwach.

Czyli to są materiały, które obciążają polityków Platformy Obywatelskiej albo osoby nominowane przez Platformę.

- Cała afera podsłuchowa, taśmowa kładzie się wielkim cieniem na nas, na Platformie, na nas wszystkich.

A jak pan widzi, że Bartłomiej Sienkiewicz zostaje szefem think tanku Platformy, to pan myśli: odpowiednio, wcześnie, czy nie za wcześnie.

- Uważam, że powinien jeszcze trochę poczekać, do zakończenia całej sprawy afery podsłuchowej. Prokuratura ją kończy. Chciała skończyć w marcu, skończy w czerwcu. Z drugiej strony rozumiem też, bo Bartek to wybitny intelekt. Wszystko wskazuje, że celem ujawnienia tych taśm było wyeliminowanie Bartka.

A czym, jak pan mówi, Bartek tak się podłożył, mówiąc kolokwialnie, że go chciano - jak pan twierdzi - wyeliminować?

- To już prokuratorzy stwierdzą. To jest jeden z wątków postępowania prokuratury - że fakt ujawnienia, nie nagrywania - bo proceder nagrywania trwał dosyć długo i do końca, powiem szczerze, prokuratura nie wyjaśni od kiedy. Informacja, którą będziemy mieli oficjalnie, będzie zawsze informacją, która będzie ograniczała ten okres nagrywania.

Fakt ujawnienia miał uderzyć w Sienkiewicza?

- Na pewno tak.

Bo komuś podpadł?

- Tak wskazują publikacje prasowe i zeznania świadków.

A umie pan powiedzieć, czy ma pan to ułożone w głowie: kto i po co podsłuchiwał?

- Wiedza, która z reguły jest w tak zwanych VIP-roomach, zawsze jest wiedzą bardzo lukratywną. I to ukrywamy. Bardzo dużo osób jest zainteresowanych, co omawia się w środku. Właściciele VIP-roomów starają się je tak zabezpieczyć, żeby nikt nie mógł podsłuchać. A okazało się, że VIP-roomy są najłatwiejsze do podsłuchania.

Ale jest rzeczywiście tak, że to były jakieś scenariusze pisane obcymi alfabetami, jak twierdził Donald Tusk?

- Mnie się wydaje, że to były ewidentnie biznesowe założenia.

Czyli wierzy pan w winę Marka Falenty?

- Jak rozmawiałem z analitykami, którzy sprawdzali metodologię śledztwa, to oni mówili, że nie można wykluczyć, że  to był nie tylko sam Falenta, ale że za tym mogły stać inne siły.

Ale nie wielki spisek i obce alfabety?

- Nie ma na to materiału dowodowego. Podkreślam, że analitycy, sprawdzając metodologię postępowania, sposób postępowania - takie wnioski wyciągali, ale to jest za mało, aby postawić jakieś oskarżenie.

A służby nie maczały w tym palców?

- Służby z reguły powinny wiedzieć, co się dzieje w VIP-roomach, gdy rozmawia tam świat przestępczy, ale oczywiście na to musi być zgoda prokuratury, żeby takie podsłuchy założyć.

Ale mogli wykorzystywać jednego z kelnerów, czy Marka Falentę.

- Wątpię, żeby służby chciały podsłuchiwać polityków.

Wątpi pan? Politycy też są chyba interesującym celem dla służb.

- Jeżeli jest podejrzenie, że dokonali przestępstwa, to tak. Ale po, żeby podsłuchiwać polityka, tylko po to, żeby się dowiedzieć, o czym oni rozmawiają - nie mając podstaw prawnych - wątpię, żeby to robili.

Kto i po co śledził szefa CBA po ujawnieniu tych taśm?

- Musimy poczekać, bo prokuratorzy kończą postępowanie, weryfikują rewelacje prasowe. Z jednej strony mamy właśnie zeznania Pawła Wojtunika, który odczuwał tego typu działania. Z drugiej strony mamy informacje służb, że tego nie było, więc prokuratura weryfikuje.


Konrad Piasecki

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje