God save the Queen!

Donieck zagłosował w sprawie oddzielenia się od Ukrainy. Wyniki, póki co, nie są znane, ale nie wykluczone, że większość wyborców opowiedziała się za przyłączeniem… do Wielkiej Brytanii.

"Donieck - angielskie miasto. God save the Queen!" widniało na plakatach. Pomysłodawcy akcji argumentowali, że Donieck został założony w XIX wieku przez Walijczyka Johna Hughesa, od którego wziął swoją pierwotną nazwę - Juzowka.

Reklama

Był to jednak tylko happening mający podkreślić absurdalność "głównego" referendum.

Właściwe referendum odbyło się w obwodach donieckim i ługańskim - w pierwszym pytanie brzmiało "Czy popierasz akt niepodległości Donieckiej Republiki Ludowej?", a w drugim: "Czy popierasz akt niepodległości Ługańskiej Republiki Ludowej?". Na Donieczczyźnie i Ługańszczyźnie według oficjalnych danych twierdząco odpowiedziało około 90 procent biorących udział w głosowaniu.

No właśnie - według oficjalnych danych. W rzeczywistości tak "elegancki" rezultat nie jest wiarygodny i choć podczas głosowania zabrakło międzynarodowych obserwatorów to wiele naruszeń i tak zostało ujawnionych (zaczynając od tego, że samo referendum jest "naruszeniem").

Nowosti Donbassa, których dziennikarz zagłosował w czterech punktach wyborczych w imieniu "sąsiada i jego żony", donoszą: "każdy może przynieść ze sobą nieograniczoną ilość kart wyborczych. Oddać głos mogą nawet obywatele Hondurasu".

Bloger Siergiej Iwanow pisze z kolei, że w Ługańsku zorganizowano dwa punkty wyborcze, do których zwożono pracowników budżetówki - tam referendum kręciła rosyjska telewizja, aby stworzyć wrażenie masowego zainteresowania mieszkańców miasta. Iwanow dodaje: "ludzie przyszliby i zagłosowali przeciwko separatyzmowi, ale boją się. Ługańsk pełen jest facetów z automatami".

Jeśli natomiast wierzyć doniesieniom Służby Bezpieczeństwa Ukrainy to udało się jej przechwycić przeszło 100 tysięcy wypełnionych kart do głosowania, które były wiezione do punktów wyborczych.

Dokładny wynik nie jest tu więc kwestią pierwszorzędną - 85, 90, 95 procent to w zasadzie wszystko jedno. Co jednak zmieni referendum?

Roman Liagin, szef samozwańczej donieckiej Centralnej Komisji Wyborczej, poinformował, że póki co nie zmieni ono nic - to, czy obwód pozostanie częścią Ukrainy, przyłączy się do Rosji, czy ogłosi niepodległość zostanie postanowione w swoim czasie. Dodał: "Chcemy tylko podkreślić, że przysługuje nam prawo do samostanowienia. W statusie obwodu po ogłoszeniu wyników referendum nic się nie zmieni: nie przestaniemy być częścią Ukrainy, nie przyłączymy się do Rosji. Chcemy tylko pokazać światu, że domagamy się zmian".

Referendum ma odwrócić uwagę od niskiego poparcia dla separatyzmu -  uważa ukraiński MSZ. I rzeczywiście - według sondażu przeprowadzonego przez Paw Research Center 70 procent mieszkańców południowych i wschodnich obwodów popiera integralność terytorialną kraju, a tylko 18 procent opowiada się za odłączeniem tych regionów od Ukrainy.

Może zresztą referendum ma odwrócić uwagę nie tylko od nastrojów społecznych, ale także od wojny domowej, która toczy się na wschodzie i południu kraju. Wciąż otrzymujemy doniesienia o nowych ofiarach, bójkach, zastraszeniach, a to wszystko robi na naszym społeczeństwie coraz mniejsze wrażenie.

Zbigniew Rokita

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy