Kryzys krymski może utrudnić powrót wojsk z Afganistanu

Kryzys krymski i groźba wojny na sankcje między Zachodem i Rosją mogą utrudnić ewakuację zachodnich wojsk z Afganistanu szlakiem północnym, przez terytorium Federacji Rosyjskiej.


Z tego powodu dowództwo wojsk amerykańskich przystąpiło do opracowywania planów przekierowania zaopatrzenia swoich sił w Afganistanie oraz drogi ewakuacji ich sprzętu.

Reklama

Niepewność południowego szlaku przez Pakistan do portu w Karaczi, atakowanego i unieruchamianego w ostatnich latach przez pakistańskich talibów sprawiła, że korzystający z niego Amerykanie otworzyli dwa inne szlaki zaopatrzeniowe: północny, przez republiki bałtyckie, Rosję i Azję Środkową oraz zachodni, przez Zakaukazie i Azję Środkową. W ostatnich latach coraz więcej zaopatrzenia dla wojsk międzynarodowej koalicji wędrowała do Afganistanu korytarzem północnym.

Na dziewięć miesięcy przed wycofaniem wojsk z Afganistanu konflikt krymski zagroził szlakowi północnemu i na wypadek zamknięcia go przez Rosję, amerykańscy generałowie opracowują nowe, pewniejsze drogi ewakuacji wojsk i sprzętu. Wobec niepewności szlaków południowego i północnego, do łask wojskowych planistów wraca niewykorzystywany dotąd szlak zachodni przez Gruzję i Azerbejdżan do Azji Środkowej. Mówił o tym w zeszłym tygodniu przed senacką komisją ds. sił zbrojnych generał Paul Selva, awansowany na dowódcę wojsk logistycznych USA.

- Jeśli Rosjanie zablokują nam szlak północny, będziemy korzystać z innych dróg transportu zaopatrzenia, sprzętu wojskowego i ludzi do i z Afganistanu - zapewniał generał senatorów. A nagabywany, czy podoba mu się perspektywa współpracy wojskowej ze środkowoazjatyckimi satrapami, gwałcącymi notorycznie prawa człowieka, generał odparł: - To już nie moja sprawa, ale dyplomatów z Departamentu Stanu.

Także dowódca wojsk międzynarodowej koalicji w Afganistanie, amerykański generał Joseph Dunford zapewniał w Senacie, że w ogóle nie martwi go groźba zamknięcia szlaku północnego przez Rosję.

Niepewność szlaku południowego, a także czasochłonność szlaku północnego, sprawiła, że od kilku lat Zachód do transportu ludzi, sprzętu wojskowego i zaopatrzenia coraz częściej korzysta z lotnictwa. Szacuje się, że przez Pakistan wędruje jedna trzecia zaopatrzenia zachodnich wojsk, a szlakiem północnym, przez Rosję - jedna piąta. Połowa zaopatrzenia odbywa się drogą powietrzną.

Tak właśnie wojsko, sprzęt i zaopatrzenie do Afganistanu dostarcza Polska. Polscy żołnierze jeżdżą do Afganistanu i stamtąd wracają samolotami, latającymi do Afganistanu z międzylądowaniem w Rumunii; niegdyś w kirgiskim Manas. Podobnie odbywa się zaopatrzenie. Wycofywany z Afganistanu sprzęt wojskowy wędruje samolotami z podkabulskiego Bagramu do Omanu, a stamtąd drogą morską do Polski.

- Po wnikliwej ocenie uznaliśmy, że taki sposób transportu będzie dla nas najbardziej niezawodny - powiedział PAP ppłk Piotr Walasek, rzecznik Dowództwa Operacyjnego Sił Zbrojnych. - W ten sposób jesteśmy niezależni od wszelkich kłopotów, jakie mogłyby unieruchomić szlaki lądowe zarówno wiodące na południe, jak północ.

Drożność szlaków ewakuacyjnych z Afganistanu nie martwi już Kanadyjczyków, którzy w zeszłym tygodniu wycofali z Afganistanu swoich ostatnich 84 żołnierzy. Kanadyjczycy stacjonowali przez 12 lat w jednej z najbardziej niebezpiecznych prowincji, południowym Kandaharze, kolebce afgańskich talibów. Kanadyjczycy stracili na wojnie 158 żołnierzy.

Polscy żołnierze, wraz z pozostałymi wojskami koalicji opuszczą Afganistan z końcem 2014 roku, a to, czy pod Hindukuszem pozostaną nadal zachodni oficerowie w roli instruktorów i doradców wojskowych afgańskiego wojska rządowego, zależeć będzie od tego, czy władze w Kabulu podpiszą z Amerykanami umowę o utworzeniu w Afganistanie baz wojskowych USA.

Rządzący krajem od 2001 roku i ustępujący wiosną prezydent Afganistanu Hamid Karzaj odmawia swojego podpisu pod tym dokumentem. W sobotę, podczas ostatniego wystąpienia w parlamencie, oznajmił, że w ogóle nie widzi potrzeby pozostawienia w Afganistanie jakichkolwiek obcych wojsk, a afgańscy żołnierze sami poradzą sobie w wojnie przeciwko talibom.

Amerykanie nie mają aż tak dobrego zdania o szkolonych i zbrojonych przez siebie Afgańczykach. Generał Dunford uważa, że jeśli Amerykanie nie pozostawią w Afganistanie ok. 10 tys. żołnierzy, to cały 12-letni wysiłek wojenny pójdzie na marne, w Afganistanie wybuchnie wojna domowa, a potem, jak w latach 90., urządzą tam sobie kryjówkę dżihadyści, by jeszcze raz zaatakować Zachód.

Dunford zaciekłe walczy w Waszyngtonie z wiceprezydentem Joe Bidenem i jego otoczeniem - zwolennikami jak najszybszej i całkowitej ewakuacji z Afganistanu. Karzaj, który u kresu swych rządów toczy wojnę na słowa z prezydentem Barackiem Obamą, zdaje się podzielać opinię Bidena. - Al-Kaida to mit - powtarza w wywiadach, dodając, że gdyby Amerykanie rzeczywiście chcieli walczyć z Al-Kaidą, to toczyliby walki nie w Afganistanie lecz w Pakistanie, gdzie znajdowały się kryjówki dżihadystów. - Ta wojna została nam narzucona. Afgańczycy znów ginęli na nie swojej wojnie - uważa Karzaj.

Wojciech Jagielski

Dowiedz się więcej na temat: Krym | Afganistan | Boeing C-17 Globemaster

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje