Rebeliancki dowódca potwierdza udział wielu Rosjan w walkach na Ukrainie

W opublikowanym w czwartek wywiadzie dla agencji Reuters jeden z rebelianckich dowódców ze wschodniej Ukrainy potwierdził, że separatystów wspierają w walce liczni żołnierze rosyjscy, ale są to według niego wyłącznie ochotnicy.

"Sądzę, że nie są to po prostu setki (żołnierzy z Rosji), jest ich więcej. Można nawet mówić o formacji oddzielnych batalionów ochotniczych" - powiedział Aleksandr Chodakowski, który dowodzi rebelianckim batalionem Wostok w Doniecku.

Reklama

"Walczą lepiej niż my, (...) walczą dobrze u boku rebeliantów. Rebelianci wypełniają swe zadania, zyskują doświadczenie, uczą się atakować, a nie po prostu być w defensywie" - dodał Chodakowski udzielając wywiadu w swej kwaterze na przedmieściach Doniecka.

Jak mówił dalej, żołnierze ci reprezentują "piechotę, dywizję piechoty zmotoryzowanej, jednostki powietrznodesantowe i marynarkę wojenną Rosji, a także straż graniczną. Wszyscy którzy mają doświadczenie wojskowe jakiegoś rodzaju, wszyscy którzy są w odpowiednim wieku i takiej formie, że mogą wziąć broń do ręki, wszyscy oni przybywają tutaj".

Według Chodakowskiego wielu walczących wraz z rebeliantami rosyjskich żołnierzy musi się liczyć z negatywnymi konsekwencjami służbowymi, jak pewien podporucznik wojsk powietrznodesantowych, który bez uzyskania zgody na to pojechał podczas swego urlopu na Ukrainę, został tam ranny i po repatriacji miał "mnóstwo kłopotów" ze strony swych przełożonych.

"Jeśli specjalista z armii rosyjskiej zgłasza się na ochotnika, przyłącza się do nas i przekazuje nam swe doświadczenie, to ja to akceptuję" - zadeklarował Chodakowski.

Wyraził jednocześnie przekonanie, że podpisanego 5 września porozumienia o rozejmie na wschodniej Ukrainie nie da się dotrzymać.

- Ogłoszono to zawieszenie broni i każdy doskonale wiedział, że nie doprowadzi ono do równoczesnego przerwania ognia, gdyż są punkty zapalne takie jak lotnisko (w Doniecku). Ludzie wpadli w wojenny trans; mamy inercję, trudno ich teraz zatrzymać. Balansujemy między potrzebą wyczyszczenia lotniska i koniecznością przestrzegania przerwania ognia. Czas pokaże, ku czemu się przychylimy - powiedział Chodakowski.

Ostrzegł również, że w razie kontynuacji konfliktu może się on przekształcić w wojnę partyzancką. "Nie ma co ukrywać faktu, że do szeregów rebeliantów przeniknęło wiele elementów destrukcyjnych, które nie walczą za sprawę, ale o cele własne. Tych ludzi trzeba rozbroić, trzeba ich w jakiś sposób zlokalizować, by nie stanowili zagrożenia dla obywateli obwodu donieckiego i całej Ukrainy" - podkreślił.

Zdaniem Chodakowskiego, również Ukraina nie ma pełnej kontroli nad formacjami, które walczą w jej imieniu. "Nie wszystkie (ukraińskie) jednostki są podległe jednolitej strukturze dowodzenia; są różne bataliony, które na własny sposób interpretują pojęcie przerwania ognia. Mogą niezależnie otwierać ogień, ze swej własnej woli" - powiedział.

Wyraził przy tym opinię, że miesiące walk oraz towarzysząca im kampania propagandowa pogłębiły rozdźwięki między wschodnią i zachodnią Ukrainą do poziomu, na którym pojednanie jest niemożliwe. "Upłyną lata, zanim nagromadzone obecnie nienawiść i rozgoryczenie wygasną. Znaleźliśmy się między młotem a kowadłem - pozostanie przy Ukrainie jest niemożliwe ze względów ideologicznych i nie możemy być z Rosją. Pozostaje tylko jedna opcja - by do tego terytorium nikt nie rościł pretensji. Będziemy próbowali budować tutaj nasze życie" - powiedział Chodakowski.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje