Ziemowit Szczerek - świata strona B

​Czas spojrzeć prawdzie w oczy. Czym jest polska cywilizacja?

Polskę odmieniamy przez wszystkie przypadki, bo co mamy robić. Musimy. Nie mamy wyjścia. Ale czym ta Polska właściwie jest? Czym jest polska cywilizacja? Popatrzmy na to, co widać na zewnątrz. W końcu krajobraz kulturowy jest tej cywilizacji manifestacją. I jej bezlitosną weryfikacją.

Weźmy, na przykład, choćby taki Ogrodzieniec. Miejsce, które każdy zna. W Ogrodzieńcu jest zamek i wszyscy się nim podniecają. Cudownie. Ale nalot cywilizacyjny, który ten zamek obrasta, niespecjalnie pasuje do historycznego majestatu i potęgi, który - w głowach  Polaków - zamek symbolizuje.\

Reklama

Drewniane budy, w których można kupić turystyczny szajs prima sort - halabardy, topory jakieś dla dzieci, szyszaki z plastiku, a do tego wachlarze z piórek farbowanych, pierdołki z kolorowej folijki i mnóstwo innych atrakcyjnych gadżetów. Przy budzie z lodami stoi lodoid z gumy czy plastiku, wielkie toto i sięga człowiekowi po czoło. Szyldoza, jak to w Polsce, obecna i na miejscu - do lodowej budy przykręcono cudownej fioletowej barwy szyldziory, na których to szyldziorach wyrafinowaną czcionką wypisano, jakie to też lody można w budzie kupić.

Do zamku idzie się wzdłuż siatki odgradzającej chaszczory od asfaltu, a na siatce drut kolczasty, żeby kto przypadkiem w te chaszczory nie polazł, i poprzyczepiane na niej reklamowe banerki - a to nadzory budowalne, a to fryzjer okolicznościowy, ślubny i nieślubny, kominy i kominki, guziki i beziki.

Im bliżej zamku, tym bardziej przerażająco. Drewno i plastik układające się w najbardziej kretyńskie kształty, jakie można sobie wyobrazić. Ale już najpiękniejsze rzeczy dzieją się w samym Ogrodzieńcu.

W centralnym punkcie miasta wyje o pomstę do nieba chlaśnięta na błękitno-czerwono remiza strażacka, gustownie obwieszona reklamowym śmieciem jak choinka strojona przez wariata. Zaraz obok stoi obłożony sajdingiem sklep bryzgający na wszystkie strony kolorowymi informacjami dla potencjalnych klientów, jak wymiotujący pijak. Tak, centrum Ogrodzieńca może służyć za symbol manifestacji polskiej cywilizacji w publicznej przestrzeni.

Jak to robią inni?

Ach, polska przestrzeń publiczna. Brak spójności i stylu, ładu i składu, jak gdyby razem z PRL-em wyczerpała się w Polsce potrzeba myślenia o jakiejkolwiek formie. Zamordyzm upadł i wszystko się rozlazło, bo z jakiegoś powodu w Polsce nie było pamięci materiału i kraj nie wiedział, jaką przybrać formę.

W Czechach i na Węgrzech, w starej Europie Środkowej, po upadku komunizmu forma po prostu wróciła na swoje miejsce. Przestrzeń publiczna w tych krajach bywa nadal pokomunistycznie zaniedbana, ale jest harmonijna. Nikt nie ładuje tam miliona szyldów na metr kwadrat, nie paćka pistacją okiennic w różowym domu, nie buduje architektonicznych gargameli, nie okłada domów tandetnym sajdingiem. Państwa ogarnęły swój kształt. Uspokoiły go. Patrząc na Czechy, widzimy, że to spokojna, mieszczańska, uładzona cywilizacja. Coś w stylu, powiedzmy, Hobbitonu.

Na Węgrzech widać mniej więcej to samo, tyle że to cywilizacja bardziej wiejska i małomiasteczkowa - ale te węgierskie wiochy i małe miasteczka również powróciły do swojej pierwotnej formy. Też Hobbiton. Nikt tam nie stawia betonowych klocków w ciągach tradycyjnych domów, nikt nie rzyga tęczą reklamowych szyldów.

To samo jest, zresztą, dalej na południu. W powęgierskiej Wojwodinie i północnej Chorwacji, w Serbii i Bośni. Owszem, przestrzeń publiczna może tam być zaniedbana i zaśmiecona, ale nie jest chaotyczna. A już na pewno nie tym stopniu co w Polsce.

A w Polsce, jeśli sądzić cywilizację po tym, jak ona się manifestuje w przestrzeni, to wygląda na to, że jesteśmy narodem nieogarniętych nomadów, który okupuje sam siebie. To nie Hobbiton, to Mordor. Bo traktujemy całą swoją spuściznę achitektoniczną i urbanistyczną z takim pietyzmem, jakby to była zbieranina blaszanych bud stojących na klepisku. Dokręcamy do tej spuścizny badziewie - jakieś kartonowe, z dykty, z pilśni, drutem to wiążemy. A jeśli odnawiamy - to tandetnie, paskudnie, badziewnie, z partyzanta, byle jakoś było.

A jeśli coś wznosimy sami, oddolnie, od siebie - to takie maszkarony, jak świebodziński Chrystus, który jest niczym innym, jak symbolem polskiej cywilizacyjnej impotencji. Bo obok stoi zapuszczony w diabły Świebodzin, poniemieckie miasto, któremu Polska nie dała rady, bo to, co dodała to niemieckiej struktury to jeden wielki żal, dramat i tragedia.

Ten Chrystus ze Świebodzina to pójście na skróty: jeśli nie potrafimy ogarnąć zdobytego na Niemcach miasta, to przynajmniej postawimy obok niego przerośnięty symbol naszej polskiej potęgi, bo przecież Chrystus to polski król. Tyle że ten symbol jest tak przeraźliwie desperacki, że aż się płakać chce.

Ta pokraczna, ale gigantyczna jezusowa prowizorka stojąca pośrodku pylistego klepicha, z zapaćkanymi drzwiczkami w okolicach pięty, przez które można sobie wejść do środka Jezusa, a od środka przypomina on przerośniętą, zagraconą szopę, to symbol wyłącznie niemocy, niczego więcej.

Granica z Niemcami to w ogóle sprawa interesująca. Dobrze jest wybrać się w podróż wzdłuż Nysy Łużyckiej i Odry, i pojeździć z Polski do Niemiec i z powrotem. I popatrzeć, jak tu i tam ogarnia się tę samą przestrzeń. Trudno uwierzyć, że budujemy na tym samym. Na tej samej ziemi, a nawet na tej samej tkance urbanistycznej.

Oczywiście, do Niemiec trudno się porównywać. Tak się składa, że sąsiadujemy z jednym z najbardziej ogarniętych krajów w Europie, co nie może specjalnie dobrze wpływać na samopoczucie. Ale jeśli już przyglądamy się temu, jak polska cywilizacja materializuje się w praktyce, nie można na tę granicę nie pojechać. I nie porównać. I wyciągać wnioski na przyszłość, bo przecież tylko to ma sens, a nie bezsilne walenie głową w mur i rozdzieranie szat.

Trzeba powiedzieć to wprost. Polska przestrzeń publiczna to upadek estetyczny, porażka cywilizacyjna. Swoją przestrzeń ogarniają wszyscy sąsiedzi Polski: Słowacji wychodzi to średnio, ale przynajmniej coś się dzieje. Litwa picuje się na skandynawski wręcz sposób. Nawet Białoruś zdaje sobie sprawę z tego, jak ważna jest estetyka publicznej przestrzeni, i choć jej rewitalizacja odbywa się tam w sposób buracki i polega głównie na pokrywaniu pęknięć i liszajów grubą warstwą farby - to jednak Białoruś przy Rosji czy Ukrainie wygląda jak Szwecja przy Albanii.

Polska cywilizacja...

Po I Rzeczpospolitej niewiele, tak naprawdę, zostało. Trochę sarmackoidalnych kościołów, portrety trumienne, kilka (niewielkich) miast. Wydaje się, że szczytem polskiej cywilizacji przedrozbiorowej był dworek drewniany acz podmurowany. Albo jakieś copy-paste’y z zagranicy typu Zamość, których zresztą zbyt wiele nie było. Sandomierz czy Kazimierz nie czynią wiosny.

Wiejskie chałupy tkwiły nadal w głębokim średniowieczu i przypominały chlewy dla ludzi. Później przyszły zabory i to zaborcy, bez specjalnego trudu, narzucili Polsce własne krajobrazy kulturowe. Przynajmniej w miastach, bo po wsiach nadal dominowały drewno, strzecha i życie razem ze zwierzętami. Ale miasta się zmieniały.

Te, które miały jakiś potencjał, rozrastały się - zależnie od możliwości zaborcy. Poznań pod Prusami wyrósł i nabrał mocno niemieckiego charakteru. Kraków, Lwów, Tarnów i Przemyśl nabrały charakteru austriackiego. Najsłabiej pod tym względem było w zaborze rosyjskim: można przypuszczać, że gdyby taki, dajmy na to, Lublin przyłączono do Austrii bądź Prus, byłoby to miasto na skalę Wrocławia czy Lwowa.

Najważniejszym powodem tego, że zaborcy instalowali się w naszym krajobrazie kulturowym, były, oczywiście, względy administracyjne: tak się budowało i ogarniało, jak w reszcie kraju. Ale też, powiedzmy to wprost, chodziło o pewien kulturowy wybór. Po prostu kultura austriacka i niemiecka, i austriackie i niemieckie rozwiązania były dla mieszkańców upadłej i rozebranej Rzeczpospolitej atrakcyjne, bardziej atrakcyjne od rodzimych.

Istniał, oczywiście, narodowy opór przeciwko zaborcom, ale mnóstwo osób podpinało się pod zaborcze cywilizacje. Mieczysław Orłowicz, prekursor polskiej turystyki, opisywał przed I wojną światową etnicznych Polaków w Wielkopolsce, którzy uważali się za Niemców posługujących się językiem polskim. Żyjący w Prusach Wschodnich Mazurzy nie mieli - w większości - najmniejszego zamiaru, by łączyć się w tożsamości z Polakami.

Gdy urodziła się II RP, złożyły się na nią przestrzenie skrajnie zróżnocowane. W miarę porządnie, po niemiecku, zagospodarowana Wielkopolska (to było jedno z niewielu miejsc w Polsce, gdzie drewniane chałupy zastępowano bardziej cywilizowanymi rozwiązaniami). Dawna Galicja, gdzie w miastach krzepła mieszczańska kultura, ale wsie były nadal błotnistą tragedią i dramatem. Porosyjska Kongresówka i północna część Kresów. Kongresówka jeszcze jako-tako wyglądała, w końcu była to jedna z najbogatszych i najbardziej rozwiniętych części rosyjskiego Imperium (co wcale nie znaczy, że naprawdę była bogata i rozwinięta), ale Kresy były dramatem jeszcze większym i tragedią jeszcze bardziej błotnistą niż Galicja. Bieda aż piszczała, chałupiny ledwie stały, higiena była słowem równie bliskim mieszkańcom, co - dajmy na to - mechatronika.

A już czymś w rodzaju europejskiej Afryki było bagniste Polesie, którego mieszkańcy pojęcie, że poza ich bagnami istnieje jeszcze jakiś świat zewnętrzny mieli wątłe, za to bardzo niewątłe miewali na głowach stereotypowe poleskie kołtuny, przy których dready wymiękają.

Ale II RP była krajem ambitnym. Myślano nie tylko o rozwoju gospodarczym i infrastrukturalnym, ale również cywilizacyjnym. Próbowano nadać państwu jego własny sznyt i styl. Tak samo, jak Bułgaria po uwolnieniu się od Ottomanów stworzyła specyficzny architektoniczny styl, który miał nadać państwu jego własny, nieturecki kształt (to samo robił w Gruzji Micheil Saakaszwili, poprzez odbudowę tradycyjnego gruzińskiego stylu próbując zagłuszyć w przestrzeni wpływy radzieckie).

Na Podhalu powstawał styl zakopiański Witkiewicza, w COP-ie, Gdyni, Warszawie, Katowicach i innych miastach budowano porządny modernizm. Działała spółdzielnia artystów ŁAD. Desperacki pomysł Sławoja Składkowskiego malowania polskich drewnianych wioch na biało nie był najlepszy, ale było jednak manifestacją  potrzeby nadania krajowi spójnego wizerunku - choć w tym wypadku akurat mylono spójność z toporną jednolitością. W PRL-u polski krajobraz kulturowy rozwijał się harmonijnie i spójnie: "pałace dla ludu", żyjącego dotychczas w chałupach z klepiskiem, naprawdę były niesamowitym awansem. 

Architekci mieli szerokie pole do działania i dokonywali rzeczy wielkich. Nowa Huty, Tychy czy odbudowana Warszawa to urbanistyczne cuda, choć trudno to dostrzec spod nalotu szyldozy i kretyńskiej renowacji (tym bardziej, że rzadko wspomina się o fakcie, że Warszawa wyglądała po odbudowie mniej więcej tak, jak sama by się chciała widzieć przed wojną). Architektura PRL-u degradowała się, oczywiście, razem z PRL-em, i w końcu lat 80. była już tylko tragiczną pomyłką pełną niedoróbek. Ale i wtedy miała o wiele więcej sensu, niż w latach dziewięćdziesiątych. Które dla polskiej przestrzeni były katastrofą. 

A ta katastrofa, niestety, trwa. I, z jakiegoś powodu, żadna partia polityczna nie wypisuje walki z tym dramatem na swoich sztandarach. A przecież, gdyby ktoś Polskę w końcu posprzątał i nadał jej kształt, miałby zapewniony sukces polityczny jak złoto. Bo byłaby to zupełnie nowa jakość w historii kraju, który od zawsze wkładano do szufladki z napisem "zacofana i zrujnowana postapokaliptyczna przestrzeń".

Ziemowit Szczerek
-----
Ziemowit Szczerek jest dziennikarzem portalu INTERIA.PLl i autorem książki "Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian".  Współpracuje z "Nową Europą Wschodnią" i "Ha!Artem". Jest autorem tekstów publikowanych m.in. w "Ha!Arcie", "Lampie", "Studium", "Opowiadaniach" i E-splocie oraz współautorem wydanej w 2010 r. książki pt. "Paczka radomskich". W portalu INTERIA.PL prowadzi raport "Środek-Wschód" i blogi AHistoria i Światowidz.pl. Zajmuje się wschodem Europy i dziwactwami geopolitycznymi, historycznymi i kulturowymi. Jeździ po dziwnych miejscach i o tym pisze. Ostatnio najbardziej inspiruje go gonzo i literatura / dziennikarstwo podróżnicze.    

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje