Co stało się ze zrabowanymi dziećmi Zamojszczyzny?

- Co działo się z dziećmi, które zaklasyfikowano jako "nadające się" do germanizacji? Nie wiemy. Nie odnaleziono dokumentów, na podstawie których można byłoby stwierdzić, jaka dokładnie liczba dzieci z Zamojszczyzny została zrabowana do celów germanizacyjnych. Nie natrafiono też na żaden ślad dzieci, które po wysłaniu do Niemiec wróciłyby później na Zamojszczyznę - mówi Interii historyk Agnieszka Jaczyńska z lubelskiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej, autorka opracowania "Sonderlaboratorium SS. Zamojszczyzna".

Artur Wróblewski, Interia: Szef SS Heinrich Himmler zadecydował o przeprowadzeniu na Zamojszczyźnie Sonderlaboratorium, czyli "laboratorium specjalnego". Jakiego "doświadczenia" dotyczyła ta akcja?

Reklama

Agnieszka Jaczyńska, IPN Lublin: - Tym doświadczeniem miała być niemiecka kolonizacja Zamojszczyzny. Wynikała ona z tzw. General Plan Ost - Generalnego Planu Wschód. Jego opracowanie Himmler zlecił niemieckiej administracji zajmującej się osadnictwem i polityką etniczną. General Plan Ost zakładał, że w ciągu 20 lat z Europy Środkowo-Wschodniej, w tym właśnie z Polski, zostanie wysiedlonych od 30 do 50 milionów miszkańców. W zależności od tego, w której fazie przygotowania ten plan się znajdował, proponowano wysiedlaną ludność wywieźć za Ural i tam rozproszyć bądź też - jak założono w ostatecznej wersji planu - skierować wysiedlonych do specjalnych obozów pracy, co równało się biologicznej eksterminacji w wyniku ciężkiej pracy, niedoboru żywności czy innych czynników panujących w niemieckich obozach. 

- W miejsce wysiedlonych zamierzano sprowadzić kilka milionów tak zwanych Niemców etnicznych. Mieli to być Niemcy z terenów III Rzeszy, ale również "odnalezieni" w różnych krajach. Określano to mianem "odzyskiwania krwi niemieckiej".

- Działania tego typu rozpoczęto tuż po zakończeniu walk w 1939 roku i po podpisaniu ostatecznych ustaleń pomiędzy Niemcami a Związkiem Sowieckim, dotyczących rozgraniczenia stref wpływów w Europie Środkowej i Wschodniej. W ramach tych umów naziści uzyskali zgodę na przesiedlenie z terenów podległych Sowietom potomków Niemców etnicznych, którzy pojawili się na tamtych terenach w różnych okolicznościach historycznych. Byli oni sprowadzani na przykład w miejsce Polaków wysiedlanych na przełomie 1939 roku i 1940 roku z Poznańskiego i innych ziem polskich wcielonych do Rzeszy jako Warthegau (Kraj Warty).

- Wiązało się to z jedną z głównych idei niemieckiej polityki realizowanej przez reżim nazistowski - zdobycia przestrzeni życiowej i samowystarczalności III Rzeszy jako państwa i Niemców jako narodu. Obszar, który Niemcy mieliby sobie podporządkować, miał im umożliwić bycie samowystarczalnym we wszystkich aspektach.

- Zakładano, że plan będzie wcielany w życie po pokonaniu Związku Sowieckiego. Kiedy wojna z Sowietami zaczęła się przedłużać, Himmler postanowił, że w formie - jak to ja określam - próby generalnej, dojdzie do mikrorealizacji planu osiedleńczego właśnie na Zamojszczyźnie. W ten sposób Zamojszczyzna stała się "pierwszym obszarem osiedleńczym w Generalnym Gubernatorstwie". Orędownikiem takiego rozwiązania był ówczesny szef SS i policji na dystrykt lubelski - Odillo Globocnik, któremu Himmler powierzył nadzór nad przeprowadzeniem całej operacji.

Dlaczego wybrano Zamojszczyznę?

- Z pewnością wybór miał podłoże geograficzne, ale nie tylko. Zamojszczyzna posiada bardzo żyzne gleby, co z gospodarczego punktu widzenia było bardzo istotne.

- Himmler chciał stworzyć pomost niemczyzny i jednocześnie bastion niemczyzny - różne pojęcia padały w korespondencji pomiędzy niemieckimi urzędnikami. Chodziło o obszar pomiędzy dzisiejszymi państwami bałtyckimi i Siedmiogrodem, gdzie w przeszłości osiedlali się Niemcy.

- Do Zamościa i najbliższe jego okolice pod koniec XVIII wieku także sprowadzono kolonistów z Lotaryngii i Alzacji, co było wynikiem polityki osiedleńczej Habsburgów w całej monarchii i musiał się do niej zastosować ówczesny właściciel ordynacji zamojskiej. W 1941 roku Niemcy zorganizowali na Zamojszczyźnie swego rodzaju ekspedycję naukową, z zadaniem zbadania, na ile są trwałe są związki potomków dawnych kolonistów z kulturą i językiem niemieckim. Okazało się, że potomkowie osadników czuli się Polakami i w zdecydowanej większości nie kultywowali ani języka, ani kultury niemieckiej. W raporcie sporządzonym dla dowódcy SS w dystrykcie lubelskim Odillo Globocnika napisano wprost, że przypadki odnalezienia "Niemców" są incydentalne. Globocnik zarządził spis ludności na Zamojszczyźnie, na podstawie którego wytypowano osiem tysięcy mieszkańców, spełniających kryteria niemieckości i nakazano ich regermanizację.

- Szef SS osobiście interesował się sytuacją na Lubelszczyźnie.

- W lipcu 1941 roku Himmler wizytował dystrykt lubelski i był między innymi w Zamościu. Pokłosiem tej wizyty była decyzja, że Zamojszczyzna stanie się próbnym obszarem niemieckiej polityki wysiedleńczo-osadniczej. Dodatkowo Zamość miał się stać miastem docelowo w całości zamieszkanym przez elitę SS. Zaplanowano rewitalizację miasta, łącznie z odbudową murów obronnych. Spis nieruchomości Zamościa posłużyć miał do pokazania skali koniecznych robót. Planowano przemianować nazwę miasta na Himmlerstadt. Zrezygnowano z tego pomysłu podobno w obawie, że może być źle odebrany, skoro do tej pory Adolf Hitler nie miał "swojego" miasta.

- Po wizytacji Himmlera, zaczęły się zakrojone na szeroką skalę przygotowania. W III Rzeszy działały już struktury zajmujące się wysiedleniami i deportacjami, m.in. zorganizowane na przełomie 1939 roku i 1940 roku do przesiedlenia Polaków z tzw. Kraju Warty i z Pomorza. W Łodzi powstał oddział centrali przesiedleńczej, który miał swoją ekspozyturę w Zamościu, powołaną do przeprowadzenia zaplanowanej akcji.

- Już w listopadzie 1941 roku Niemcy dokonali próbnych wysiedleń Zamojszczyzny. Akcja objęła kilku wsi wokół Zamościa i około tysiąca Polaków. Niemcy nie mieli pomysłu, co z nimi zrobić. Przez jakiś przetrzymywali ich w zabudowaniach zamojskich fortyfikacji, a później wywieźli do powiatu hrubieszowskiego. Tam wypędzeni koczowali w prowizorycznych miejscach odosobnienia, a następnie zostali przez Niemców wypuszczeni i zostawieni samym sobie. Nie mieli już  powrotu do swoich domów, bo na ich miejsce sprowadzono niemieckich osadników.

Wysiedlenia na dużą skalę zaczęły się rok później.

- Przez rok Niemcy usprawnili machinę wysiedleńczą. Dla wysiedlanej ludności przystosowali obóz po jeńcach sowieckich w Zamościu, znajdujący się u zbiegu dzisiejszych ulic Piłsudskiego i Okrzei. Zdecydowano, że w akcjach wysiedleńczych wezmą udział różne formacje niemieckie: żandarmeria, policja, Wehrmacht oraz ukraińska policja pomocnicza.

- Pierwsze masowe wysiedlenia nastąpiły w nocy z 27 na 28 listopada 1942 roku. Dotknęły wieś Skierbieszów i okoliczne miejscowości. Akcja trwała nieprzerwanie do końca grudnia, doprowadzając do wywiezienia około 10 tysięcy Polaków. Nosiła nazwę "Aktion Zamość".

- Druga faza wysiedleń trwała od połowy stycznia do połowy marca 1943 roku i objęła głównie wsie polskie z powiatu hrubieszowskiego. Wówczas wypędzono około dwunastu tysięcy Polaków, a na ich miejsce sprowadzono do siedmiu tysięcy wysiedlonych wcześniej z powiatu zamojskiego Ukraińców. Polacy i Ukraińcy zostali usunięci z powiatu zamojskiego, ponieważ miał on być przeznaczony wyłącznie dla Niemców. Co więcej, Ukraińcy zostali celowo umieszczeni w powiecie hrubieszowskim, a później w trzeciej fazie wysiedleń także w powiecie biłgorajskim, ponieważ Niemcy chcieli z nich stworzyć pas ochronny, osłaniający zasiedlone Niemcami wsie przed akcjami polskiego podziemia. Trzeba przypomnieć, że już w grudniu 1942 roku rozpoczęły się działania partyzanckie, których celem było zatrzymanie wysiedleń na Zamojszczyźnie.

- Wreszcie trzecia, największa fala wysiedleń przypadła na lato 1943 roku. Od 24 czerwca do połowy sierpnia z wsi w powiecie biłgorajskim Niemcy usunęli około 60 tysięcy Polaków. 

Jak wyglądał schemat wysiedlenia?

- To zależało od fazy wysiedleń. Zazwyczaj działo się to z zaskoczenia, szczególnie podczas "Aktion Zamość". Wieś była otaczana kordonem niemieckich jednostek, który się zacieśniał. Do każdej chaty podchodziła grupa niemieckich żołnierzy. Sporo na ten temat wiemy z relacji świadków. Wszystko odbywało się wśród straszliwego hałasu, wciąż rozlegały się rozpaczliwe krzyki...

- Ludzie mieli około 20 minut, by spakować podręczny bagaż. Następnie spędzano ich wszystkich w jedno miejsce - był to zazwyczaj główny plac wsi czy wysiedlanej miejscowości. Tam ładowano ich na furmanki czy samochody. Później wieziono do obozu dla przesiedleńców w Zamościu. Tak było w czasie pierwszej i drugiej fazy przesiedleń. W trzeciej fazie, wypędzonych transportowano także do obozu w Zwierzyńcu.

- Co jest symptomatyczne, gdy jedną drogą wywożono ze wsi wysiedlonych Polaków, inną na ich miejsce sprowadzano już niemieckich kolonistów i od razu rozlokowywano ich w pozostawionych domostwach. Niekiedy Polaków pozostawiano na miejscu, zamieniając ich w przymusowych robotników rolnych w oddanych już w niemieckie władanie gospodarstwach.

- Trzeba też zaznaczyć, że jeżeli pojawiały się jakiekolwiek protesty wysiedlanej ludności, czy próby ucieczki, żołnierze niemieccy mieli prawo używać broni i strzelać do Polaków.I tak też czynili. Niemcy, spodziewając się, że mężczyźni będą chcieli bronić swoich rodzin, oddzielali ich od dzieci, kobiet i osób starszych.

- Tak wyglądał ogólny schemat wysiedleń. W powiecie biłgorajskim różnił się na przykład tym, ze czasami do transportowania wysiedlonej ludności używano kolei. Istnieją relacje mówiące o tym, jak w czasie transportu wagony przejeżdżały przez stację Bełżec, gdzie znajdował się niemiecki obóz zagłady - wysiedlani byli przekonani, iż podzielą los Żydów wymordowanych tam przez Niemców w 1942 roku.

Co działo się z Polakami umieszczanymi w obozach w Zamościu i Zwierzyńcu?

- Obóz w Zamościu jest wzorcowym przykładem losu, jaki spotykał wysiedlonych Polaków, a Niemcy w pierwszej i drugiej fazie akcji skrupulatnie stosowali przyjęte procedury. Zanim rozpoczęto wysiedlenia, w specjalnym dokumencie wyróżniono cztery główne kategorie wysiedleńców. O przydziale kategorii decydowała obozowa komisja lekarska.

- Do pierwszej i drugiej kategorii przydzielano osoby, które po dodatkowych badaniach w Łodzi miały być wysłane do Rzeszy w celu regermanizacji. Trzecią kategorię nadawano Polakom zdolnym do pracy, kobietom i mężczyznom powyżej 14. roku życia - od 14. roku życia istniał bowiem przymus pracy na ziemiach okupowanych przez III Rzeszę. Zakwalifikowane do tej grupy osoby, jeżeli nie były chore albo nie stwierdzono, by należały do polskiego ruchu oporu, wysyłane były na roboty do Niemiec.

- Najbardziej tragiczny był los ostatniej, czwartej kategorii wysiedlanych, do której Niemcy kwalifikowali osoby z ich punktu widzenia zbędne i bezwartościowe. Dotyczyło to dzieci do 14. roku życia i osób starszych, kierowanych w głównej mierze do tzw. wsi rentowych. Z czwartej grupy wyodrębniono również osoby nie spełniające żadnych kryteriów rasowych. Były one z góry wyznaczone do wywózki do niemieckiego obozu koncentracyjnego Auschwitz. W trzech wywózkach z obozu w Zamościu do Auschwitz znalazły się również osoby w pełni zdrowe - większość z nich została tam zamordowana.

Do obozu w Zamościu dzieci docierały jeszcze razem z matkami.

- Osoby przywiezione do obozu, trafiały do budynku administracyjnego, gdzie poddawane były badaniom przez komisję lekarską. Tuż za obozową bramą następowała dodatkową segregacja - oddzielenie dzieci od ich matek. Z relacji i wspomnień wiemy, że dochodziło tam do dantejskich scen. Matki i opiekunki nie chciały oddawać dzieci. Jeżeli w pobliżu znaleźli się mężczyźni, to wyrywali się, by bronić dzieci. Kończyło się to ingerencją strażników i bardzo brutalnymi pobiciami.

- Zewsząd rozlegał się płacz i krzyki dzieci. Najmłodsze ofiary wysiedleń doświadczały tu nieprawdopodobnej traumy. Dzieci nie tylko wciągano w wir bezwzględnej, morderczej machiny, a dodatkowo widziały bezradność i rozpacz rodziców.

- Kwalifikacja przyjęta przez komisję lekarską przesądzała o losie ofiar wysiedleń: dorośli mogli trafić do Łodzi na dodatkowe badania, określające, czy nadają się do programu "odzyskiwania niemieckiej krwi" i później do regermanizacji, mogli też - jako zdrowi i silni fizycznie - zostać skierowani do Niemiec jako robotnicy przymusowi.

- W trakcie tych badań wyławiano dzieci, które posiadały cechy rasy nordyckiej. Dzieci badane były pod kątem wyglądu zewnętrznego, budowy czaszki, rozstawu oczodołów, koloru włosów i oczu. Zakwalifikowanym do germanizacji dzieciom zawieszano na szyi drewniane tabliczki, na których znajdował się symbol KI, czyli Kinderaktion, i nadany numer. Następnie były bezwzględnie odseparowywane od osób starszych, a później wywożone - zazwyczaj w niewiadomym kierunku.

Co się działo z dziećmi zaklasyfikowanymi jako "nadające się" do germanizacji?

- Nie wiemy. Nie odnaleziono dokumentów, na podstawie których można byłoby stwierdzić, jaka dokładnie liczba dzieci z Zamojszczyzny została zrabowana do celów germanizacyjnych.

- Dysponujemy jedynie źródłami pośrednimi: meldunkami ruchu oporu, relacjami kolejarzy, starających się monitorować trasy transportów, a następnie raportującymi o tym strukturom Polskiego Państwa Podziemnego, czy relacjami przypadkowych osób cywilnych, które zetknęły się z wysyłką dzieci. Z tych źródeł wiemy, że z Zamościa transporty z dziećmi wyjeżdżały i kierowały się na Warszawę i w kierunku ziem polskich wcielonych do III Rzeszy, na przykład na Pomorze. Wiadomości o tym znajdziemy m.in. w konspiracyjnym "Biuletynie Informacyjnym". Zachowały się szczątkowe informacje dotyczące grupy kilkuset dzieci z Zamojszczyzny, które trafiły do specjalnego ośrodka w Łodzi przy ulicy Spornej oraz do obozu przy ulicy Przemysłowej.

- W historiografii pojawia się jeszcze liczba 4454 dzieci umieszczonych w spisie sporządzonym przez pracownicę Rady Głównej Opiekuńczej w Lublinie. Lista dotyczyła transportu wysiedleńców z Zamojszczyzny, którzy trafili na Majdanek i następnie w sierpniu 1943 roku zostali wywiezieni w głąb III Rzeszy. Były to dzieci w wieku od dwóch do czternastu lat, wywiezione wraz z osobami dorosłymi. Niestety nie wiemy zbyt wiele o tym, jaki spotkał je los.

- Ze źródeł pośrednich wynika, że część z tych dzieci na pewno zrabowano w celach germanizacyjnych, niektóre zaś pozostały przy rodzicach. Gdy ich rodzice  zmuszani byli do pracy dla III Rzeszy, dzieci uczęszczały do niemieckich szkół i przechodziły wstępny proces przystosowywania do życia w społeczeństwie niemieckim.

Ludność cywilna próbowała ratować wywożone dzieci.

- Kiedy tylko pojawiała się informacja o transportach z dziećmi z Zamojszczyzny, to właściwie na każdej stacji, gdzie zatrzymywały się te pociągi, natychmiast gromadzili się ludzi. Podejmowane były próby przekupienia niemieckich strażników, czy wręcz odłączania wagonów. Wiemy o takiej akcji w Warszawie, gdzie udało się wykupić pewną grupę dzieci z jednego z transportów i ukryć je w ochronce przy ul. Okopowej. Zachowały się nawet zdjęcia tych dzieci, wykonane w miejscu ich schronienia.

- Inna grupę ocalonych dzieci przysposobiły warszawskie rodziny, opiekując się małymi ofiarami wysiedleń do końca okupacji. Dla ułatwienia powojennych poszukiwań, dzieciom wykonano wówczas zdjęcia. Są to bardzo poruszające fotografie, na których często widać zaledwie kilkumiesięczne niemowlęta. Skoro w tym transporcie znajdowały się tylko małe dzieci, do 6. roku życia, stąd podejrzenie, że były one przeznaczone do germanizacji.

Czy dzieci wywiezione z Zamojszczyzny wróciły po wojnie do domów?

- Nie natrafiono na żaden ślad dzieci, które po wysłaniu do Niemiec wróciłyby później na Zamojszczyznę.

- Po wojnie, przy Ministerstwie Pracy i Opieki Społecznej, utworzono specjalny referat, do spraw rewindykacji dzieci polskich wywiezionych do Niemiec. Kierował nim adwokat Roman Hrabar. Akcję poszukiwawczą prowadził w Niemczech w latach 1947-1950. Z tego co wiem, Hrabar nie natrafił na dokumentację dotyczącą dzieci z Zamojszczyzny.

- Pewne dokumenty zgromadził doktor Zygmunt Klukowski. Poza tym, że w czasie wojny spisywał dziennik, będący wstrząsającym zapisem okupacji, to gromadził także świadectwa o niemieckich zbrodniach popełnionych na Zamojszczyźnie. Dysponował nawet dowodami w postaci zdjęć, co w czasie okupacji było bardzo trudne i ryzykowne. Niemcy, mimo zakazów, niekiedy fotografowali się podczas akcji przeciwko Polakom, a zdjęcia te trafiały w ręce podziemia dzięki współpracy z zakładami fotograficznymi oraz pracy wywiadowczej. Poza tym Niemcy dbali jednak o to, by po ich zbrodniczej działalności nie pozostały ślady, stąd wszelkie dowody były niezwykle rzadkie, a zarazem cenne.

- Klukowski zaraz po wojnie wydał kilka tomów opracowania dotyczącego zbrodni niemieckich na Zamojszczyźnie, co między innymi spowodowało, że działał w Głównej Komisji Badania Zbrodni Niemieckich (później Hitlerowskich). Dzięki opracowaniom został powołany jako świadek w czasie ósmego procesu norymberskiego, kiedy sądzono odpowiedzialnych za niemiecką politykę etniczną, rasową oraz deportacje. Klukowski był jedynym świadkiem, który zeznawał w sprawie zbrodni popełnionych na Zamojszczyźnie. Wówczas razem z nim zeznawały też dzieci wywiezione do Niemiec w celach germanizacyjnych (po wojnie zostały odnalezione i wróciły do Polski). Wśród nich nie natrafiono jednak na dzieci z Zamojszczyzny.

Nie ma więc żadnych dokumentów dotyczących zrabowanych dzieci z Zamojszczyzny. A jaki los spotkał pozostałe najmłodsze ofiary wysiedleń?

- Szacuje się, że w czasie okupacji z Zamojszczyzny wysiedlono około 30 tysięcy dzieci, z czego około 10 tysięcy zmarło w obozach czy w czasie transportu, bądź zginęło w innych okolicznościach, na przykład w czasie pacyfikacji wysiedlanych wsi.

- Około 1900 dzieci do 10. roku życia, które były ofiarami pierwszej i drugiej fali wysiedleń, trafiło do tak zwanych wsi rentowych w powiatach garwolińskim, siedleckim i mińsko-mazowieckim w dystrykcie warszawskim. Wsie rentowe były to wytypowane miejsca, z których często wcześniej wysiedlono ludność żydowską. Niemcy założyli, że dzieci oraz osoby starsze kierowane do tych wsi, będą musiały poradzić sobie same. Profesor Czesław Madajczyk, który w latach 70. zeszłego stulecia intensywnie badał niemieckie osadnictwo na Zamojszczyźnie, postawił tezę, według której wymienione podwarszawskie powiaty nie zostały wybrane przypadkowo - w pobliżu znajdował się bowiem niemiecki obóz zagłady w Treblince. Być może Niemcy w dalszych planach zakładali eksterminację w obozie ludności Polskiej z wsi rentowych. Nie natrafiono dotychczas na dokumenty potwierdzające ten trop.

- Dla niektórych okupacyjnych decydentów skala eksterminacji i wysiedleń na Zamojszczyźnie była zbyt mała. Np. w jednym z meldunków niemiecki urzędnik zajmujący się wysiedleniami, wyraża niezadowolenie, iż z obozu przejściowego w Zamościu skierowano do Auschwitz "tylko" trzy transporty, gdy miało ich być więcej. Ten sam funkcjonariusz III Rzeszy uważał, że wywożenie dzieci z Zamojszczyzny do wsi rentowych jest błędem, ponieważ kiedyś dorosną, będą pomnażały krew polską, której Niemcy chcieli się pozbyć.

- We wspomnianych trzech transportach z obozu przejściowego w Zamościu do KL Auschwitz trafiło w sumie 3100 osób. Przeżyło zaledwie 289 osób. Zdecydowana większość dzieci wysłanych przez Niemców do Auschwitz, nie przeżyła obozu. Część z nich, głównie chłopcy - potwierdzają świadectwa z dokumentacji obozowej i zeznania więźniów - została przeznaczona do pseudomedycznych eksperymentów i uśmiercona dosercowymi zastrzykami z fenolu.

- Dzieci z trzeciej fazy wysiedleń, trafiały latem 1943 roku do niemieckiego obozu koncentracyjnego na Majdanku. Przebywały tu stosunkowo krótko, ale ze względu na upały i warunki panujące w obozie, śmiertelność wśród najmłodszych przekraczała 10 procent. Podobne śmiertelne żniwo zebrały wśród wysiedlonych z Zamojszczyzny mrozy, panujące na przełomie 1942 i 1943 r.

- Trzeba tez zaznaczyć, że dziś mówiąc o dzieciach, mamy na myśli jeszcze osoby mające 16 czy 17 lat. W czasie okupacji to kryterium były zaniżone. Niemcy wysyłali na przymusowe roboty nawet czternastoletnie dzieci. Znana mi jest również historia zaledwie dziesięciolatka wysiedlonego spod Biłgoraja, wywiezionego do Rzeszy i zarejestrowanego jako przymusowy robotnik.

***

Jeżeli nasz osobę, która padła ofiarą germanizacji, napisz do nas na adres zrabowanedzieci@interia.pl

Organizatorami akcji "Zrabowane dzieci" są Interia i Deutsche Welle (). Wspólnie docieramy do ofiar germanizacji i pomagamy im odnaleźć skradzioną tożsamość.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje