Gaukinderheim w Kaliszu. Przystanek-widmo dla zrabowanych dzieci

"Zauważyłam, jak leżały zwłoki chłopca. Był siny, jakby porażony prądem. Od siostry Bryś dowiedziałam się, że kierowniczka tego domu miała go na oku, gdyż chłopiec mówił 'dzień dobry' mimo że było zabronione mówić po polsku".

Kalisz - pomieszczenia kościoła i klasztoru reformatów. To tu jest punkt rozdzielczy dla dzieci przeznaczonych do zgermanizowania, które zostały odebrane rodzinom. W Kaliszu są na chwilę, na parę tygodni. Później pojadą dalej, do kolejnych zakładów, na kolejne etapy germanizacji. A na koniec do niemieckich rodzin, na niemieckie wychowanie.

System instytucji i władz powołanych do zniemczania działa sprawnie. Powstają tajne zarządzenia. Pisma są doręczane kierownikom poszczególnych placówek, urzędów. Dane dzieci są modyfikowane. Nazwiska zmienia się czasem nawet dwukrotnie. Dzieci do zniemczenia melduje się w urzędzie, o którym wiedzą tylko wtajemniczeni. Człowiek i jego tożsamość rozmywają się.

***

"W marcu 1943 roku przyszła policja i zabrali mnie z domu. Mamie mówili, że będę miał dobrze, nic mi się nie stanie. (...) Wieziono nas do Kalisza, umieszczono w ośrodku przy kościele (...). Pamiętam, że nasz pobyt był zorganizowany, plan dnia był mocno wypełniony" - oświadczył w 1991 roku, w Prokuraturze Rejonowej w Szamotułach, Czesław Wojciechowski.

7-letni Kacper Poldek zeznaje w czerwcu 1946 roku: miałem mamusię i tatusia, siostrę i brata. Zabrali mnie Niemcy ze szkoły... Z mojej klasy zabrali ze mną dwóch chłopców, wzięli też moją siostrę. Wprost ze szkoły zawieźli nas na stację.

Mietek Domański, lat 11: gdy z domu zabrali mnie Niemcy, miałem wtedy 6 lat. Moja mamusia nie chciała się zgodzić, aby mnie zabrali, ale oni mówili, że zabiją mamusię.

Władek Ostrowski, lat 9: mnie zabrali jacyś ss-mani wprost z pola, jak pasłem bydło. Zawieziono mnie do Kalisza. Tam bili mnie, jak mówiłem po polsku.

***

Zeznają też rodzice, którzy stracili dzieci. Trzeci dzień procesu Artura Greisera (namiestnika Rzeszy w Kraju Warty), 23 czerwca 1946 r.

Świadek Bronisława Ewertowska: córka moja była wezwana, aby stawiła się z metryką w początku sierpnia do Obornik. Miała wtedy 7,5 roku. W Obornikach dzieci były początkowo badane z profilu z jednej i z drugiej strony. Po 4 tygodniach dostałam wezwanie. Dziecku była odciągana krew, było badane na rasę. Dzieci o blond włosach i niebieskich oczach były zabierane. Następnie dziecko posmarowano czymś z boku i powiedziano, że za 3 dni, jak wyjdą krosty, mam przyjść. Dziecko dostało gorączki (...). Poszliśmy na dworzec, dzieci pojechały do Kalisza.

- Czy prosiła pani, żeby dziecko oddali?

- Płakałam,  krzyczałam nie chcieli oddać. Dziecku dałam pocztówkę i tę pocztówkę córka wrzuciła w Ostrowiu, stąd było wiadomo, że jechała do Kalisza. Poza tym już ani słówka o dziecku się nie dowiedziałam. Córka dotąd nie wróciła, czy żyje, nie wiem do tej pory. Przepadła jak kamień w  wodę.

Wśród dzieci, które trafiły do Gaukinderheim w Kaliszu, był też Zygmuś.

***

Pismo ministra spraw wewnętrznych III Rzeszy z 10 grudnia 1942 roku. Poufne. Tym dokumentem minister powołał oficjalnie do istnienia Okręgowy Dom Dziecka w Kaliszu.

"Z polecenia Reichsfuehrera-SS organizacja Lebensborn przeprowadza zniemczenie polskich dzieci. W tym celu sprowadza się w. w. dzieci do Gaukinderheim w Kaliszu/Warthegau/ i tam poddaje się je badaniu pod względem rasowym, genetycznym i psychologicznym. W razie przydatności do zniemczenia, umieszcza się te dzieci w odpowiednich zakładach.
Jak się okazało z biegiem czasu, należy się liczyć z faktem, że krewni i znajomi będą próbować różnych sposobów, by określić miejsce pobytu i znaleźć dzieci. Takie poszukiwania są możliwe poprzez złożenie wniosku w policyjnym biurze meldunkowym. Tym sposobem, obrany wcześniej cel, jakim jest germanizacja dzieci, staje się zagrożony. Problemy wychowawcze, wynikające z wpływu krewnych i znajomych na dzieci, muszą być zatem za wszelką cenę wyeliminowane. Z tego powodu zarządzam zorganizowanie dla wspomnianego Gaukinderheim specjalnego policyjnego biura meldunkowego, któremu należy nadać nazwę: Drugie policyjne biuro meldunkowe w Kaliszu/Kraju Warty. Współpraca instytucji z istniejącymi posterunkami, a szczególnie z urzędem meldunkowym, jest konieczna i potrzebna. Całą kwestię należy potraktować jako poufną i powstrzymać się od wszelkich publikacji."

Dyrektor zakładu Gaukinderheim ma zatem zarządzać biurem meldunkowym. Dostaje "szczególny zakres obowiązków". Biuro meldunkowe nie może wydawać zaświadczeń o pobycie dziecka. Personel zakładu korzysta z oficjalnego biura meldunkowego. Urząd widmo rejestruje dzieci. Dzieci przeznaczone do zniemczenia nie figurują w oficjalnych rejestrach. Tak, jakby nigdy nie były w Kaliszu. Prawie tak, jak gdyby nigdy ich nie było.

***

Zygmunt szybko dostał w Gaukinderheim niemieckie imię Hans. Nowym Hansem Huerlemannem od razu zainteresowała się niemiecka rodzina. Hans mówił jednak zawsze po polsku i nie reagował na nowe imię. Stwarzał problemy wychowawcze. Gdy chciano go przekazać policji, jedna z wychowawczyń - "ruda Johanna" - stwierdziła, że byłaby to porażka wychowawcza.

***

Do zgermanizowania nadawały się dzieci, które pomyślnie przeszły badania rasowe, psychologiczne i były okazami zdrowia. Kandydaci na Niemców musieli być posłuszni i inteligentni. Przeprowadzano testy, prowadzono obserwacje. Z zachowanych dokumentów wynika, że do Kalisza trafiały dzieci w wieku 2-14 lat. Spędzały tam około 6 tygodni. Później wysyłano je dalej. Nigdy nie wiedziały, dokąd zostaną wywiezione. Ich rodziny również.

***

Kierowniczka Frau Sander przyszła pewnego dnia do kuchni i zawołała: Hans, komm mit mir. Zygmuś nie bardzo rozumiał ten zwrot, ale poszedł za nią". Zygmunta wprowadzono do klasztornego refektarza. Tam zobaczył przywiązaną sznurem do ławki dziewczynkę, którą po raz trzeci przyłapano na mówieniu po polsku. W refektarzu zgromadzono wszystkie dzieci z zakładu. Frau Sander, trzymając szpicrutę, powiedziała do Zygmusia: uderz 20 razy. Pokazała, jak ma bić.

"Ponaglany chłopiec cofnął się i z całej siły uderzył przez twarz Frau Sander. Niemka zawyła z bólu. W tym momencie do działania przystąpiła ruda Johanna, która odebrała Zygmusiowi pejcz. Frau Sander powlokła chłopca do piwnicy, w której znajdowały się silniki i przewody elektryczne i rzuciła go na te przewody. Zygmuś krzyknął, a ciałko jego natychmiast sczerniało. Policja niemiecka poinformowana została, że chłopiec wpadł na przewody...".*

***

Maria Pinczewska w okresie okupacji mieszkała bezpośrednio obok klasztoru sióstr nazaretanek. Gdy w 1941 roku siostry wywieziono do Bojanowa, w zabudowaniach klasztornych powstał Gaukinderheim."Do tego domu przywieziono dzieci. Skąd je przywieziono, nie wiem. Na początku z dziećmi tymi przyjechali tylko Niemcy, po niejakimś czasie przyjechało kilka sióstr - Polek. Z sióstr tych znałam jedynie Annę Bryś. Od siostry tej otrzymywałam różne informacje" - zeznawała 23 lutego 1967 roku przed sądem powiatowym w Kaliszu.

"Dzieci były odgrodzone murem. Gdy weszłam na drugie piętro swego budynku, to mogłam zaobserwować, co się działo. Pewnego dnia siostra Bryś powiedziała mi, abym pilnie obserwowała, co się dzieje w ‘Heimie’. Zauważyłam, jak leżały zwłoki chłopca. Był siny, jakby porażony prądem. Od siostry Bryś dowiedziałam się, że kierowniczka tego domu miała go na oku, gdyż chłopiec mówił 'dzień dobry' mimo że było zabronione mówić po polsku (...). Widziałam, jak mąż kierowniczki robił zdjęcie trupa tego chłopca. Później na cmentarzu mąż Maciejewskiej odkrył mi wieko trumny i zobaczyłam" - zeznała Pinczewska.

Maria Pinczewska pośredniczyła w korespondencji między dziećmi i rodzicami, choć było to zabronione. "Siostra Bryś rozmawiała z tymi dziećmi i od starszych dzieci dowiadywała się ich nazwisk, imion i adresów. Niektóre z nich pisywały listy do rodziców, które ja przekazywałam na swoje nazwisko. Otrzymywałam także odpowiedzi na te listy od rodziców. Zeszyt, w którym pisałam nazwiska dzieci, przechowywałam w sienniku. Zeszyt ten przekazałam do Muzeum Kaliskiego - mówiła.

Na podstawie spisu Maria Pinczewska ustaliła, że chłopiec, którego zabito w Gaukinderheim, to Zygmunt Światłowski z Łodzi. "Po wojnie przyjechała do mnie jego babka, pytała, co z jej wnukiem. Powiedziałam jej, gdzie grób (...). Rodzice tego chłopca zginęli w obozie. Chłopiec ten mógł mieć lat 13 lub 14".

Niektóre dzieci z Gaukinderheim w Kaliszu udało się uratować. Wynosił je w kubłach na śmieci, a następnie przekazywał rodzicom, pracownik zakładu Stanisław Kulczyński.

***

Po wojnie do Kalisza płynęły zapytania z całej Polski. Rodzice, instytucje pytali o los wywiezionych dzieci.

"Zapytujemy uprzejmie, czy w tamtejszym sierocińcu przebywają jeszcze dzieci pochodzące z Poznania, które były wywiezione przez władze okupacyjne, celem wynarodowienia".

Wydział Opieki Społecznej w Gnieźnie szuka w 1945 roku Mirki Sziwy, Henia Wojciechowskiego, Jasia Dapsuka, Olka Szalatego i Maćka Dąbrowskiego. "Czy dzieci te, które zostały z Gniezna wywiezione, tam jeszcze się znajdują, wzgl. dokąd zostały wywiezione".

Zarząd Główny Polskiego Czerwonego Krzyża dopytuje, czy Oddział PCK w Kaliszu wie, co się stało z dziećmi z zakładów kaliskich w chwili ewakuacji Niemców. Szuka również Stasia Limańskiego.

Czy wywiezione jako "rasowe" do sierocińca w Kaliszu dzieci z Pabianic - Krysia Niewiadomska, Józek Niewiadomski, Jadzia Szafrańska i Jaś Kusak - się tam znajdują? - dopytuje Zarząd Miejski w Pabianicach.

Co się stało ze Stefką Slawe ze Środy i Jasią Cehner z Torunia?

Odpowiedź brzmi następująco:

"Wydział Opieki Społecznej w Kaliszu komunikuje, że jest obecnie w posiadaniu niekompletnego spisu dzieci przebywających w zakładzie Gaukinderheim. Nazwiska w. w. dzieci w wykazie nie figurują".

Setki nazwisk, listy, papiery, zdjęcia.

Do Pabianic trafia w czerwcu następująca odpowiedź:

W listopadzie kolejne pismo:

Identyczna odpowiedź zostaje przesłana do Poznania. "Być może, że poszukiwany przez tamtejszy Urząd Limański Stanisław Włodzimierz został do wyżej podanej miejscowości wywieziony".

Do Gniezna (a później również do Poznania i Środy) napisano:

Ministerstwo Administracji Publicznej kieruje do Urzędu Wojewódzkiego w Poznaniu pismo, w którym próbuje ustalić wcześniejsze losy rodzeństwa - Kazka i Jasi Maćkowiaków.

Dokumentacja jest niepełna, panuje chaos. W odpowiedziach powtarzają się stwierdzenia: "nie wiemy", "nie możemy ustalić", "nie przebywała", "nie była meldowana w Kaliszu".

Ewelina Karpińska-Morek

Wszystkie cytowane wypowiedzi i zdjęcia pochodzą z dokumentów zgromadzonych w Archiwum Państwowym w Kaliszu.

*Fragmenty dotyczące losów Zygmunta Światłowskiego pochodzą z zeznań Marii Pinczewskiej oraz artykułu "Ośrodek germanizacji polskich dzieci" ("Słowo Powszechne", nr 203,  1991 r.)

***

Znasz osobę, która padła ofiarą germanizacji? Napisz do nas:

zrabowanedzieci@interia.pl

polish@dw.com

Organizatorami akcji "Zrabowane dzieci" są Interia i Deutsche Welle (więcej o akcji TUTAJ). Wspólnie docieramy do ofiar germanizacji i pomagamy im odnaleźć skradzioną tożsamość.

ZOBACZ RÓWNIEŻ:

Julian Grudzień: Oczy niebieskie miałem. Nadawałem się do Rzeszy

Co się stało z małym Jurkiem? Szukamy zrabowanego dziecka

Historia Zyty: Nie trzeba być zabitym, by umrzeć

Gdzie ja się urodziłam? Jak się nazywam? Nic nie wiem

"Z niej już jest Niemka"

Najlepsze tematy

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje