Julian Grudzień: Oczy niebieskie miałem. Nadawałem się do Rzeszy

- Mnie tam rozebrali. W oczy mi zajrzał lekarz. Ręce mi kazał podnieść... Oczy niebieskie miałem. Zawiesili mi na szyi tabliczkę. Nadawałem się do Rzeszy, do Reichu, do zniemczenia – Julian Grudzień miał wówczas cztery lata. Pamięta scenę selekcji w niemieckim obozie w Zamościu. Z tabliczką KI (Kinderaktion) został przeznaczony do germanizacji i wysłania do Niemiec. Julian Grudzień cudem ocalał. Los tysięcy polskich dzieci wysiedlonych z Zamojszczyzny, ofiar zbrodniczej polityki III Rzeszy, do dziś pozostaje nieznany.

Łaziska pod Zamościem, gdzie mieszkała rodzina Grudniów, właściwie ominęła zawierucha wojenna w 1939 r.

Reklama

Nastała niemiecka okupacja. Uciążliwa i dotkliwa, jak wszędzie w Polsce.

Wojna, w najbardziej okrutnej, ludobójczej postaci, spadła na bezbronną, cywilną ludność późną jesienią 1942 r. Łaziska i cała Zamojszczyzna stały się terenem Sonderlaboratorium SS - zbrodniczej akcji specjalnej niemieckich okupantów, której ofiarą padło ponad 100 tys. Polaków. Wypędzeni ze swoich domów, mieli zrobić miejsce dla sprowadzonych z Rzeszy i z innych krajów Niemców. 

Do dziś słyszę "Weg! Weg! Weg!"

Czteroletni wówczas Julian Grudzień zachował w swojej pamięci wstrząsające obrazy tamtych dni.

- Pamiętam, jak Niemcy szli tyralierą. Hełmy i pistolety niemieckie widzę do dziś. Śniło mi się to bardzo długo - wspomina. Do dziś słyszy niemieckie okrzyki, kierowane do wypędzanych ze swoich domów mieszkańców wsi: "Weg! Weg! Weg!" ("Wynocha!" Wynocha! Wynocha!").

- Niemcy weszli do domu, ja małe dziecko stałem gdzieś z boku... - wspomina Julian Grudzień. - Matka spakowała dużo rzeczy, piękne naczynia... Na wierzchu, do dziś to widzę, leżał budzik, taki okrągły na nóżkach. Niemiec potłukł wszystko kolbą i zrzucił na podłogę - opowiada.

Matce udało się jeszcze zawinąć w tobołek najpotrzebniejsze rzeczy. Można było zabrać do 20 kilogramów bagażu. Ale kto by to ważył...

- To już była zima, to już był mróz - zapamiętał pan Julian. Zapobiegliwa matka ubrała synka we własny kożuszek.

- Dla niej to była króciutka kurtka, a dla mnie kożuch aż do samej ziemi. Ale dzięki temu było mi ciepło, w tym kożuszku chodziłem przez całą okupację - rozpamiętuje pan Julian.

Niemcy oddzielali mężczyzn od kobiet i dzieci. Uniemożliwiali ojcom obronę dzieci, mężom wsparcie żon...

"Byłem tylko małym dzieckiem..."

Wyrzuconych z domów Polaków spędzano w jedno miejsce, a następnie ładowano na furmanki lub do samochodów i wywożono.

Przejmująco brzmią wspomnienia pana Juliana, który wtedy nie do końca pojmował grozę sytuacji.

- Szliśmy drogą z rowami po obu stronach. W tych rowach płynęła woda, która wówczas zamarzła. I ja się po tym lodzie ślizgałem. Byłem tylko małym dzieckiem... - jego głos brzmi, jakby po latach wciąż chciał się wytłumaczyć z tego odruchu do zabawy.

Po ślizgawce, najpewniej ostatnim akcencie niewinnego dzieciństwa, na chłopca czekały zimne i brudne baraki obozu przesiedleńczego w Zamościu.

- Ludzie już wiedzieli, że tam jest obóz - słowa Juliana Grudnia nawet dziś brzmią złowieszczo.

Tu, jak inni wypędzeni przez Niemców Polacy, stał się przedmiotem nazistowskich pseudobadań rasowych i selekcji, która miała zadecydować o życiu czterolatka z Łazisk, jego rodziny, rówieśników i dziesiątek tysięcy ofiar zamojskiego Sonderlaboratorium.  

Tabliczka z symbolem KI, czyli Kinderaktion

- Przywieźli nas do Zamościa, do obozu. Nie pamiętam, jak z samochodu zsiadaliśmy. Była brama. Jedna, druga. Po obu stronach budynki - relacjonuje Julian Grudzień.

Od razu trafił przed komisją lekarską. Lekarzy było dwóch: Niemiec i Polak.

- Mnie tam rozebrali. W oczy mi zajrzał lekarz. Ręce mi kazał podnieść... Oczy niebieskie miałem. Zawiesili mi na szyi tabliczkę. Nadawałem się do Rzeszy, do Reichu, do zniemczenia - opowiada.

Wszystkie dzieci, które oprawcy uznali za przydatne do "zasilenia aryjskiej rasy panów" dostawały tabliczkę z oznaczeniem KI ("Kinderaktion").

Julian nie podzielił losu innych zrabowanych dzieci z Zamojszczyzny. Od wywózki do Niemiec i germanizacji uratowała go matka, będąca wówczas w zaawansowanej ciąży.

- Matka też była badana. I ona zaczęła płakać, jak to matka, prosić ich i błagać, żeby chociaż mnie przy niej zostawili. I ubłagała tego polskiego lekarza - tę relację pan Julian poznał od swojej matki dopiero po wojnie.

Ojciec pana Juliana, o czym wówczas nie wiedziała żona, należał do Armii Krajowej. Po wysiedleniu z Łazisk, został oddzielony od rodziny i trafił do innego baraku w zamojskim obozie, a stamtąd transportem do Auschwitz. Nigdy już nie zobaczył żony, ani dzieci. Został zamordowany w Auschwitz. Ten los spotkał także jego dwóch braci i ich żony.

Potwierdzenie śmierci ojca w obozie Auschwitz Julian Grudzień otrzymał dopiero w latach 90. XX wieku.

Mały Julek i jego ciężarna mama przeżylii gehennę pobytu w zamojskim obozie. Stamtąd zostali wysłani do podwarszawskiej wsi, gdzie mieli pracować w gospodarstwie prowadzonym przez Niemców.

Gospodarz, widząc stan matki Juliana, kupił im bilet kolejowy i odesłał ich do rodziny. Na Zamojszczyźnie, w niewysiedlonym gospodarstwie dziadka pana Juliana, doczekali zakończenia II wojny światowej. Do domu w Łaziskach wrócili jesienią 1945 r.

ArWr

***

Znasz osobę, która padła ofiarą germanizacji? Napisz do nas zrabowanedzieci@interia.pl

Organizatorami akcji "Zrabowane dzieci" są Interia i Deutsche Welle (więcej o akcji TUTAJ). Wspólnie docieramy do ofiar germanizacji i pomagamy im odnaleźć skradzioną tożsamość.


Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje