Ks. Stryczek: Kościół nie na siłę

Chciałbym, żebyśmy byli - tak jak w pierwotnym Kościele - religią, której przewagą nie jest siła, ale wartości. Pierwsi Chrześcijanie nie mieli majątku, nie mieli uczelni ani uczonych, nie mieli mediów. Jednak, mimo prześladowań, ciągle ich przybywało. A my dziś, w świecie Europy zachodniej, mamy to wszystko, a ludzi ubywa. Jak strasznie musieliśmy się pogubić - mówi ks. Jacek Stryczek.

Agnieszka Czapla: O księdzu z reguły jest najgłośniej, gdy powie ksiądz coś kontrowersyjnego. To taka metoda robienia sobie rozgłosu? Znajoma dziennikarka określiła to "PR Nightmare".

Ks. Jacek Stryczek: - Jest taki piękny tekst Chestertona, który mówi, że święty Franciszek pewnego razu stanął na głowie i zobaczył, że cały świat wisi na niebie i gdyby nie Bóg, to ten świat spadłby w dół. Św. Franciszek nie był w stanie myśleć tak, jak inni ludzie. Ja też tak mam. Chcąc być blisko Ewangelii, cały czas potrzebujemy wyrywać się ze stereotypów, z tego, co nam się wydaje oczywiste. I ja właśnie to staram się robić, pewnie stąd tyle kontrowersji. W naszym kraju mamy ogromny problem z tym, żeby akceptować ludzi o innych poglądach, innym myśleniu.

Reklama

Czy warto wszystkie głośno wypowiadać? To trochę jak strzał w kolano.

- Kiedyś odważyłem się powiedzieć, że istnieje mądra pomoc i głupia pomoc. To też wzbudzało mnóstwo sprzeciwu. Dziś już Polacy zaczynają zastanawiać się i oceniać - także w organizacjach pozarządowych - czym jest mądra i głupia pomoc. Takich stereotypów do zburzenia w naszym kraju jest jeszcze wiele i wierzę, że ich burzenie ma sens. Nie przestanę mówić tego, co myślę, tylko dlatego że ktoś się z tym nie zgadza. Jestem księdzem, mogę oddać swoje życie.

Jaką misję w takim razie ksiądz przed sobą widzi?

- Jako młody chłopak, starałem się wypełniać naukę, którą słyszałem w kościele. Ale skutek był taki, że to nie działało, a wszyscy wkoło mówili mi, żebym mimo wszystko wierzył, że działa. I przez lata się tym karmiłem. Nie czułem szczęścia, nie czułem łaski, nie widziałem też, żebym się jakoś specjalnie zmieniał. Zamiast tego były tylko kolejne postanowienia i trud zmagania się z religią.

- Mając 20 lat powiedziałem sobie: dość. Albo odkryję, o co chodzi w nauczaniu Jezusa i przekonam się, że działa, albo daję sobie z tym spokój.

Rozumiem, że przekonał się ksiądz, że działa?

- Tak i moją misją jest to, żeby inni też się o tym przekonali. Dlatego stworzyłem chociażby Ekstremalną Drogę Krzyżową - tylko w tym roku wzięło w niej udział blisko 26 000 osób w całej Polsce. Dostałem masę SMS-ów, maili i osobistych podziękowań od wielu uczestników. To jest takie dziwne, bo przecież ja tych ludzi sprowokowałem do ogromnego poświęcenia i wysiłku, a oni są mi wdzięczni. Bo to działa. Bo ta religia działa.

- Przekonywanie ludzi to tego, że to działa, wydaje mi się szczególnie ważne właśnie teraz, kiedy obserwuję jak bardzo polskie społeczeństwo odeszło od nauki Jezusa i w jakich stereotypach żyje - coraz dalej od źródła. A tylko źródło daje życie.

Na czym polega to odejście?

- Uważam, że w Polsce, jeśli ktoś ma 5 proc. poglądów katolickich, to już jest bardzo katolicki. Wydaje mi się, że  religia, którą zna wielu ludzi jest bardzo zakurzona. Potrzebujemy odnowy. Wydaje mi się, że u nas dominuje "katolicyzm obowiązku". Praktykuję, powtarzam coś, bo tak trzeba. Choć oczywiście  spotykam w naszym kraju też wiele rodzin, które na co dzień naprawdę żyją wiarą. Natomiast jest mnóstwo osób - zwłaszcza młodych - które odchodzą od Kościoła. Widzą obowiązki, nie widzą wartości.

- A przecież Ewangelia, czyli Dobra Nowina, już samą nazwą wskazuje na to, że niesie nam informację o czymś wartościowym, co będzie nas kręciło. Dzięki niej życie każdego może być lepsze, szczęśliwsze, piękniejsze. Tymczasem nie dostrzegam w dyskursie publicznym opowieści o Dobrej Nowinie w Kościele, ale właśnie opowieść o obowiązku.

To jak powinno być?

- Wolałbym, żebyśmy byli - tak jak w pierwotnym Kościele - religią, której przewagą nie jest siła, tylko wartości. Pierwsi Chrześcijanie nie mieli majątku, nie mieli uczelni, ani uczonych, nie mieli mediów. Jednak, mimo prześladowań, ciągle ich przybywało. Przeniknęli całe życie społeczne i całe cesarstwa. A my dziś, w świecie Europy zachodniej, mamy wszystko - budynki, uczelnie, pieniądze, media -  a ludzi ubywa. Jak strasznie musieliśmy się pogubić... Uważam, że dzisiaj w  Kościele powinno się szukać tego, co zachwyca ludzi. O taką zmianę walczę i zabiegam. Nie chcę, żeby to siła była najważniejsza. Chcę, żeby zachwyt Bogiem był na pierwszym planie.

Mówi ksiądz o przybliżaniu ludziom nauczania Jezusa. Ostatnio, po kontrowersyjnym stwierdzeniu księdza, że Jezus nie mówił, żeby się dzielić, chyba wiele osób sięgnęło do Biblii. O takie przybliżenie chodziło?

- Faktycznie, dzięki tej dyskusji, wiele osób zaczęło wertować Pismo Święte. Jednak większość z nich nie szukała tam prawdy, tylko potwierdzenia swoich poglądów. Cała dyskusja wokół dzielenia się jest oczywiście dyskusją o czystość wiary. Wkładanie w usta Jezusa czegoś, czego nie powiedział, uważam za skandal. Trzeba odkryć ducha nauczania Mistrza, żeby sobie móc z tym poradzić. A uproszczenie w postaci "Jezus kazał się dzielić" jest po prostu nieprawdą.

Jezus nie powiedział, żeby się dzielić. Ale czy w Ewangelii nie ma mowy na temat tego, że należy się dzielić?

- Oczywiście możemy znaleźć takie fragmenty. Ale nie da się ich rozumieć w oderwaniu od całej reszty nauczania Jezusa. Kiedy Jezus mówi "daj temu, kto cię prosi", to nie znaczy, że mamy zawsze dawać każdemu to, o co prosi. Jeżeli uogólnilibyśmy zdanie Jezusa "Sprzedaj wszystko, co posiadasz", to właściwie wszyscy bylibyśmy przestępcami ewangelicznymi, nie wypełniającymi podstawowego obowiązku.

- Takich fragmentów jest więcej. Trzeba zadać sobie pytanie: do czego cała nauka Jezusa zmierza? Zmierza oczywiście do tego, żebyśmy byli zbawieni, czyli żebyśmy odnaleźli relację z Bogiem dobrze praktykując relację z człowiekiem. Jak mówi św. Jan,  nie można kochać Boga, którego nie widzimy, nie kochając człowieka, który jest obok. Perspektywa Ewangelii jest perspektywą przykazania miłości wzajemnej, czyli wzajemnego oddziaływania. Dzielenie się może być tylko jednym z elementów tego oddziaływania. Ale nie zawsze najlepszym. Jak komuś dam, to znaczy że jemu będzie lepiej? Niekoniecznie. Nie da się Ewangelii zamienić wyłącznie na nauczanie społeczne.

Co mówi nam w takim razie nauczanie społeczne Kościoła?

- Nauczanie społeczne Kościoła zawsze zbudowane było na takim jednym prostym obrazie: Kain zabija Abla i Bóg pyta się Kaina: "Gdzie jest twój brat?"; na co Kain odpowiada: "Czy ja jestem stróżem brata mego?" I w ten sposób Kain popełnia fundamentalny błąd, bo wymiguje się i mówi, że nie jest odpowiedzialny za drugiego człowieka.

- Z Ewangelii płynie nauka, że jesteśmy ze sobą powiązani. Ja uwielbiam ten sposób patrzenia na świat. Właśnie on daje mi wolność, bo nie zmusza mnie do zastanawiania się, czy ktoś ma za drogi samochód, albo za dużo domów, albo za dużo wszystkiego. On skłania mnie do tego, żeby nie patrzeć obojętnie na los drugiego człowieka. Bardzo bliskie mi jest to, jak tę ideę współodpowiedzialności realizuje Papież Franciszek.

- Natomiast ostatecznie ta współodpowiedzialność nie prowadzi do tego, co zaproponowano nam w katomarksizmie, czyli do podziału dóbr. Ona ma prowadzić do miłości wzajemnej, do wzajemnego inspirowania się, by lepiej kochać, rozwijać się i do tego, żeby spotkać się w niebie. Nie ma w Ewangelii idei rewolucyjnej. Jest idea zbawienia.

Wspomniał Ksiądz o Papieżu Franciszku. Czy jest dla księdza inspiracją?

- Na pewno bliska jest mi jego wrażliwość. Papież Franciszek szuka kontaktu i bliskości z drugim człowiekiem. Dla mnie ta bliskość z człowiekiem też jest podstawą. Ja też tym żyję. Wszystkie nasze projekty: AKADEMIA PRZYSZŁOŚCI, SZLACHETNA PACZKA, czy wspieranie niepełnosprawnych w projektach rynku pracy, sprowadzają się do tego, że konkretni ludzie spotykają innych konkretnych ludzi. I nawzajem na siebie oddziałują. Chociażby w Paczce darczyńca może sobie wyobrazić, a nawet posmakować tej rodziny, której pomaga. Skracamy dystans, nie praktykujemy takiej masowej pomocy dla jakichś anonimowych biednych. Ja tę ideę spotkania wyciągnąłem właśnie z Ewangelii. Jak widać działa - Paczka ma już 15 lat, tylko rok temu połączyła ponad milion Polaków.

- Widzę też Papieża Franciszka jako tego, który "krzyczy" do całego świata: jak możecie żyć spokojnie, mając świadomość, że są ludzie, którzy żyją w warunkach odbierających im godność? To jest cały czas taki dialog ze światem, jak dialog Boga z Kainem. Świat zdaje się mówić: czy ja jestem stróżem brata mego? Franciszek nie zgadza się z tą obojętnością. Brakuje wspominanej już współodpowiedzialności, o której mówi Ewangelia.

- Sam tego doświadczyłem, kiedy w 2001 roku tworzyłem SZLACHETNĄ PACZKĘ. Wówczas podziały społeczne w naszym kraju były bardzo duże. 4 mln ludzi żyło poniżej granicy ubóstwa - problemem był nawet dostęp do jedzenia i środków czystości. Gdy chodziłem prosić o pomoc do tych, którym dobrze się wiodło i mówiłem: "Jesteście odpowiedzialni za tych, co żyją w biedzie", byłem wielokrotnie obrażany. W ogóle nikt nie chciał tego słuchać.  Udawaliśmy, że nie istnieją ci, którzy są w gorszej sytuacji. Na szczęście ta wrażliwość w naszym kraju się zwiększyła, ale jeszcze nie jest dobrze.

Rozumiem, że Paczka jest też pokłosiem prawdy, którą odkrył ksiądz w nauczaniu Jezusa?

- Tak, SZLACHETNA PACZKA i wszystko to, czym się dzisiaj zajmuję. Prawda otworzyła mi oczy na innych, na biedę. Paczka zaczęła się od tego, że chcieliśmy spotkać ludzi biednych i bogatych. Społeczeństwo było bardzo podzielone. A dzisiaj jestem już dalej, bo dalej jest też polskie społeczeństwo. Uważam, że powinniśmy zajmować się przede wszystkim promowaniem zaradności życiowej i przedsiębiorczości. Że to jest najlepsza odpowiedź na biedę.

- Na świecie dziś właśnie tak pomaga się niepełnosprawnym. Nie mówi się im: siedź w domu, my cię dokarmimy, tylko usuwa się bariery, żeby osoby niepełnosprawne mogły być aktywne - zawodowo i życiowo. Nie głoszę więc żadnej właściwie nowej nauki. Jedyna nowość polega na tym, że tam, gdzie do tej pory ludzie nauczyli się krzyczeć, że trzeba im pomagać, ja mówię nie, trzeba samemu walczyć o przetrwanie. Przypominam, że trzeba pracować, żeby się utrzymać.

Jednak czasem potrzebny jest impuls. Nie zawsze  w trudnej sytuacji ma się siłę na tę walkę "samemu".

- Tak, oczywiście. Gdy mówię o mobilizowaniu do zarabiania, to wszyscy na początku muszą mi przypomnieć, że są też ci, którzy są w trudnej sytuacji życiowej. Wydaje mi się, że w Polsce chyba ja to wiem najlepiej. Dużą część mojego życia spędziłem właśnie z takimi ludźmi. Pracowałem na oddziale paliacji, chodziłem do domów biednych rodzin, przyjmowałem bezdomnych, pracowałem z dziećmi, z niepełnosprawnymi, z chorymi i z ludźmi starszymi. Pomagając takim osobom, trzeba mieć dokładnie taką samą perspektywę jak wtedy, gdy pomagam choremu, który leży w łóżku. Podaję mu herbatę nie po to, żeby całe życie spędził w łóżku, ale po to, żeby wyzdrowiał i sam zaczął sobie radzić. I to jest ta różnica. Moją misją jest pomagać ludziom przełamywać wewnętrzne, mentalne bariery. Zewnętrzne zawsze jakieś są i będą, do tego powinniśmy się przyzwyczaić. Reszta zależy od nas. Marzę o tym, by żyć w kraju, gdzie panuje etos radzenia sobie w życiu.

Wracając do współodpowiedzialności. Jak tę ideę można realizować w życiu codziennym?

- Warto być ostrożnym w tym słynnym "dawaniu". Dobrej jakości oddziaływanie to po prostu bycie ze sobą - z wrażliwością na to, czego ten drugi człowiek naprawdę potrzebuje. Bez nastawienia, że coś muszę dać. Przypominają mi się tu dwie historie.

- Pierwsza moja - bardzo osobista. Jako młody chłopak odwiedzałem starszą panią Anię z ulicy Grodzkiej. Miała złamany kręgosłup, nie wychodziła z mieszkania. I na początku wydawało się mi się, że moja praca u niej to jest taka czysta pomoc, czyste dawanie. Co ja - dwudziestolatek, student, sportowiec - miałbym mieć z tego, że czyszczę jej parkiet pastą Agata albo, że podziurawioną szmatą ściągam pajęczyny ze ściany? Tymczasem ona zaczęła mi się rewanżować. Świetnie znała języki, uczyła mnie francuskiego i po jakimś czasie mogliśmy wzajemnie wymieniać się "usługami". Ta przygoda mojej współpracy z panią Anią trwała 10 lat. Nie wiem, czy to ja więcej jej ofiarowałem, czy ona mi. W dużej mierze ta kobieta mnie wychowała.

- Czy jak ja do niej chodziłem, to ja "dawałem"? Czy ja po prostu z nią razem byłem? W dawaniu liczy się to, co ja robię, a nie liczy się drugi człowiek. Jak ja bym tylko dawał, to nigdy bym się nie zaprzyjaźnił z panią Anią. Stąd moja ogromna powściągliwość w "dawaniu". Tego nauczyła mnie Ewangelia i to sprawdziło się potem w mojej relacji z panią Anią, i do dziś sprawdza się w Paczce. Bo rodziny otrzymujące pomoc, przygotowują coś drobnego od siebie dla Darczyńców. Ktoś zrobi konfitury, ktoś wydzierga czapkę, dzieciaki namalują laurkę. Wszystko staram się zamienić na siłę wzajemnego oddziaływania. 

A ta druga historia?

- Historia Pani Janiny i wolontariusza - studenta medycyny, który się z nią spotykał w szpitalu. Jak wchodziłem z komunią świętą do jej sali, ona zawsze mówiła: Która jest godzina? Jaki mamy dzisiaj dzień? Pani Janina w ogóle się nie ruszała. Jak było zimno to ją bardziej przykrywano kołdrą, a jak było cieplej, to tę kołdrę podnoszono na oparciach łóżka. Chyba nie widziała za dużo. To było dla mnie niesamowite, że jeden ze studentów medycyny wybrał ją i regularnie ją odwiedzał. Ile trzeba mieć w sobie miłości, ile szacunku, żeby wybrać kogoś tak nieatrakcyjnego. Zawsze szukam tych najmniej atrakcyjnych, którym pomagać nikomu się nie chce. To jest coś, co kocham. Wzajemne oddziaływanie.

materiały prasowe

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje