Biegają na golasa po śniegu

Zimowe kąpiele można pokochać. Trzeba się tylko przemóc i spróbować - przekonują morsy.

- Najtrudniej jest się rozebrać na zimnie. Samo wejście do lodowatej wody nie jest już takie straszne. Oczywiście pod warunkiem, że ma się odpowiednie nastawienie psychiczne. Przede wszystkim nie można się bać! - mówi Eugenia Herman, emerytka, która pośród śniegu i lodu kąpie się już od przeszło dwudziestu lat.

Reklama

Wystarczy jeden telefon

Amatorzy kąpieli w zimnej wodzie są w swoim żywiole, gdy panuje tęgi mróz i napada dużo śniegu. Tarzanie się w nim, bieganie na golasa, to najlepsza rozgrzewka przed kąpielą. - Wszystko dzieje się w głowie. Jeżeli nie przygotujemy się mentalnie, to nie mamy nawet co się rozbierać. Dopiero potem rozgrzewka, gimnastyka i chlup do wody - instruuje mnie Andrzej Jarek, mors z Jastrzębia-Zdroju.

Spotykamy się na brzegu potoku Leśnica w Brennej, tuż przy karczmie "Pod Przyłazem". To miejsce to nieoficjalna baza śląskich morsów. Spotykają się tu co niedziela, przez całą zimę. Pod warunkiem, że mrozi. - Jak termometr wskazuje dodatnią temperaturę to nie ma co się kąpać. Wchodzi się z ciepłego do zimnej wody i jest nieprzyjemnie. A jak jest mróz, to wtedy po wejściu do wody robi się cieplutko - przekonuje pan Andrzej, a mnie skóra cierpnie już od samego słuchania.

Witold Kuś, emerytowany pracownik górnictwa, pierwszą zimową kąpiel zaliczył w 1972 roku. Był wtedy w wojsku nad morzem. - Coś nam strzeliło do głowy, chyba młodzieńcza fantazja i urządziliśmy sobie nielegalne kąpielisko na plaży w jednostce. Kąpaliśmy się całą zimę. Gdyby nas przyłapali, dostalibyśmy tydzień aresztu - wspomina stare dzieje. Miłość do zimnej wody została mu do dzisiaj. - To weszło w krew - mówi. Kąpie się zazwyczaj ze znajomymi z Jastrzębia Zdroju, gdzie tworzą nieformalną grupę morsów. - Zwołujemy się na telefon, wsiadamy do auta i jedziemy do Brennej. Nie potrzebujemy żadnego oficjalnego klubu - przekonuje mors.

Z kuligu do wody

Gdy Kuś opowiada mi na brzegu Leśnicy o swojej miłości do kąpieli z dreszczykiem, jego koleżanki z Jastrzębia już wbiegają do wody. Lucyna Jankowicz jest morsem od pięciu lat. - Przyjechałam do Brennej na kulig, a zostałam morsem. Strasznie się zaraziłam - mówi mieszkanka Jastrzębia Zdroju.

Eugenia Herman pierwszą lodowatą kąpiel zaliczyła przed 21 laty. - Byłam zimą nad morzem ze znajomymi i pewnego dnia na plaży natrafiliśmy na kąpiących się morsów. Jeden zrobił nam prelekcję, jakie to przyjemne i zdrowe. Ja akurat miałam katar, więc pomyślałam: "raz się żyje!". Namówiłam dwie koleżanki i weszłyśmy do tej lodowatej wody. Poczułam, jakbym miała większe płuca. Na drugi dzień nos był suchy, po katarze! - opowiada 63-latka. Dzięki zimnym kąpielom wyleczyła też reumatyzm - przeszedł już po roku!

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje