Popowodziowa wigilia w Kaniówku

W domach wciąż czuć wilgoć, a na ścianach wykwitają grzyby. Świeżo malowane ściany zaczynają się łuszczyć. Piętrzą się wydatki. Wielu znacznie się zadłużyło, by wyremontować domy. Mieszkańcy Kaniówka Dankowskiego w piątek zasiądą do wieczerzy wigilijnej po powodzi.

Tomankowie spędzą Wigilię u rodziców. We własnych domach opłatkiem połamią się Ligęzowie i Dziewiątkowie. Tak też będzie u Gębalów. Wszędzie tam będą to pierwsze święta po powodzi, której skutki wciąż są widoczne.

Reklama

W pół roku po wielkiej wodzie losem powodzian nikt się już specjalnie nie interesuje, choć ci wciąż mają mnóstwo problemów.

- Koledzy z Bierunia, gdzie powódź mocno dała się we znaki, dostali węgiel; mówili mi, że dostali ekopiece. Tu wszystko trzeba było kupować. Dostaliśmy 20 tysięcy złotych pomocy. Na niewiele starczyło. Węgiel musiałem kupić. Zbiłem tynki. Malowałem. Wilgoci się nie pozbyłem. Wszędzie ją czuć - powiedział Sebastian Tomanek.

Dom zaczął pękać

Tomankom po pierwszych mrozach zaczął pękać dom. Ściany były wciąż wilgotne. Od maja. - Wyraźnie widać, że cały dom mi ruszył. Może powódź podmyła fundament. U sąsiada jest to samo. Wzmacniał ostatnio stopy fundamentowe. U mnie drzwi wejściowe i do łazienki były na wymiar; teraz ledwie się domykają, a tak naprawdę wszystko wyjdzie dopiero na wiosnę - mówił Sebastian Tomanek, wskazując palcem rozległe pęknięcia.

Sebastian dostał specjalne urządzenie do osuszania. Wielu je dostało. Szybko okazało się, że to luksus nie tyle dla zamożnych, co dla bardzo zamożnych.

- Dostawaliśmy te osuszacze i suszyliśmy ściany, żeby zdążyć przed jesiennymi deszczami. Potem zaczęły przychodzić rachunki za prąd; po 5-6 tysięcy złotych. Pojechaliśmy do energetyki, ale nie chcieli rozmawiać; musieliśmy zapłacić. W 10 dni! - mówił Tomanek, trzymając na rękach kota Filona. Filon to weteran, bohater powodzi. Przeżył w zalanej piwnicy trzy dni i dwie noce. Siedział na starej oponie. Dopiero w trzecim dniu Sebastianowi udało się podpłynąć i go uratować. Reszta zwierzaków się utopiła.

Niby wszystko wróciło do normy, ale...

Dom Ligęzów woda zalewała dwa razu. Gdy pierwsza majowa fala odeszła i rodzina zdążyła porachować wstępnie straty i okiełznać popowodziowy bałagan, żywioł zaatakował ponownie. Dziś na pierwszy rzut oka wszystko wróciło do normy. W domu wszystko jest nowe; nic ze starego wyposażenia nie nadawało się do użytku, nawet pościel. Nowe są tynki, meble, parkiety, cała kuchnia.

Mimo chłodu w domu, w którym mieszka Maria Ligęza z synem Wiesławem, wciąż są uchylone okna. - Wszystko jest nowe, źle się z tym czuje. Mam alergię, ciągle kręci mi się w głowie od zapachu farb, lakierów i tej całej chemii budowlanej. Tu w środku wszystko jest od nowa; tynki były bite do sufitu. Straszna robota. Pieniędzy z odszkodowania i pomocy nie starczyło na wszystko, choć w sumie pomoc i odszkodowanie to było jakieś 80 tysięcy złotych - powiedziała.

80 tysięcy to dużo i zarazem mało. Przy takich stratach nie mogło starczyć na wszystko. Trzeba było pożyczać, gdzie się da, by skończyć remont. - Woda zalała piwnicę i piętro. Wszystko straciliśmy: meble, całą kuchnię, dywany, podłogi. Wydawało się, że najgorsze minęło, ale teraz znów pojawia się grzyb na ścianach w piwnicy. Ściany są wciąż mokre. Suszymy. Wciąż czuję smród wilgoci - opowiada kobieta.

Wciąż się boją

Ligęzowie spędzą święta razem. W ostatnich miesiącach nie było tak zbyt często: córka Marii powódź przeczekała w Czechowicach-Dziedzicach, Maria w Kaniowie u rodziny, a jej syn w Kaniówku, w pobliskiej świetlicy, gdzie woda nie dotarła. Do domów wrócili dopiero pod koniec października.

- Teraz patrzę przez okno i widzę śnieg. To przecież stopnieje. W Wigilię ma padać, w sobotę też. Boimy się - powiedziała Ligęza. Po maju takie obawy nie są rzadkie. W Kaniówku jeszcze sporo czasu minie, zanim ludzie przestaną się bać powodzi.

Z remontem nie zdążyli Balcarkowie. Tu jednak straty były największe. Dom znalazł się po dach pod wodą. Parę miesięcy temu Bronisław wymieniał instalację elektryczną. Trwało wielkie suszenie. Nie wszystko dało się zrobić.

Optymizmem powiało u Dziewiątków. We wrześniu Teresa Dziewiątka mówiła, że bardzo by chciała wejść do domu z rodziną jeszcze przed zimą, by spędzić święta u siebie. Udało się.

Marek Szafrański

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje