80-letni Włoch trzy tygodnie koczował na rzymskim lotnisku

80-letni Włoch zmuszony do opuszczenia Stanów Zjednoczonych po 55 latach nielegalnego pobytu po powrocie do ojczyzny trzy tygodnie mieszkał na rzymskim lotnisku Fiumicino, ponieważ jego włoskie dokumenty straciły dawno ważność. Cały ten czas czekał na pomoc.

Sycylijczykowi pomogli z własnej inicjatywy funkcjonariusze z lotniskowego posterunku policji.

Reklama

Historię mężczyzny, przypominającą losy bohatera filmu "Terminal" Stevena Spielberga z Tomem Hanksem w roli głównej, przedstawiły włoskie media.

Antonio Pipitone, pochodzący z małej sycylijskiej wioski, wyjechał ponad pół wieku temu za chlebem do USA. Osiadł w Pensylwanii, gdzie zaczął pracować jako murarz, założył firmę, która zatrudniała kilkadziesiąt osób. Zrealizował "amerykański sen", ale - jak przyznał w rozmowie z dziennikiem "Il Messaggero"- nigdy nie zalegalizował swojego pobytu.

"Zawsze płaciłem podatki, nie miałem nigdy problemów z prawem, ale wiem, że popełniłem błąd" - podkreślił.

Przy okazji prostej sprawy administracyjnej, którą załatwiał, na jaw wyszło, że od kilku dekad mieszka w Stanach Zjednoczonych nielegalnie, o czym natychmiast zawiadomiono władze imigracyjne. Od razu uruchomiono procedurę stosowaną w takich przypadkach.

Pipitone powiedział, że miał do wyboru 30-dniowy pobyt w specjalnej celi dla nielegalnych imigrantów i procedurę deportacyjną albo dobrowolny powrót do ojczyzny. Postanowił wrócić do Włoch, ale po wylądowaniu na rzymskim lotnisku Fiumicino zaczęły się problemy.

Nie miał żadnego ważnego włoskiego dokumentu, jedynie amerykańskie prawo jazdy, które wystawiono mu, choć był w USA nielegalnie. Nie miał też pieniędzy z wyjątkiem 17 dolarów, które szybko mu się skończyły, ani żadnej możliwości wypłacenia następnych. Przez blisko trzy tygodnie błąkał się po korytarzach lotniska, nie wiedząc, co dalej zrobić.

"Znalazłem wysprzątane miejsce, gdzie mogłem wypocząć, wiedziałem, gdzie mogę napić się kawy" - powiedział mediom.

Tymczasem synowie mężczyzny przebywający w Stanach Zjednoczonych po wielu dniach oczekiwania na wieści od ojca zadzwonili na lotnisko Leonarda da Vinci pełni obaw, że dalej tam przebywa. Poprosili policjantów, by pomogli ich ojcu.

Wtedy starszym mężczyzną zajęło się trzech funkcjonariuszy, którzy zaczęli przynosić mu jedzenie i, poznawszy jego historię, uruchomili procedurę wyrobienia dokumentów dla niego, by mógł wrócić na Sycylię. Zorganizowali też zbiórkę pieniędzy dla niego, bo bez dokumentu tożsamości nie mógł odebrać wysłanego z USA przekazu.

Gdy tylko Antonio Pipitone otrzymał włoski dowód osobisty, odleciał na rodzinną wyspę.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje