Albright: Nie można pozwolić, by Rosjanie grozili Gruzji

Bardzo ważne jest, aby utrzymać integralność terytorialną Gruzji - uważa była sekretarz stanu USA Madeleine Albright. Jej zdaniem nie można pozwolić, aby "Rosjanie grozili Gruzji".

Albright spotkała się w piątek w Warszawie z posłami sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych. Oprócz Gruzji poruszono także temat olimpiady w Pekinie i w tym kontekście sprawę Tybetu oraz tegorocznych wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych.

Reklama

Pytana o sprawę ostatnich napięć w relacjach Moskwy z Tbilisi była sekretarz stanu powiedziała, że jest bardzo ważne, by podtrzymać terytorialną integralność Gruzji i nie pozwolić, żeby Rosjanie grozili Gruzji.

W zeszłym tygodniu prezydent Rosji Władimir Putin zalecił rządowi ustanowienie ściślejszych kontaktów z separatystycznymi republikami na terenie Gruzji - z Abchazją i Osetią Południową. W reakcji na to Gruzja zażądała zwołania nadzwyczajnego posiedzenia Rady Bezpieczeństwa ONZ, zwróciła się też do Rosji, by wycofała się z wszystkich decyzji, które naruszają suwerenność Gruzji.

- To bardzo trudny problem - oceniła Albright, pytaną o sytuację Gruzji. Jak mówiła, jest tam bardzo dużo korupcji, wielu uchodźców, poza tym nie wiadomo, co robi tam rosyjska misja pokojowa.

Jednocześnie podkreśliła, że jest jej bardzo przykro, iż decyzja podjęta przez NATO w kwietniu w Bukareszcie odsuwa w czasie perspektywę integracji Tbilisi z Sojuszem. - Nie sądzę, żeby Gruzja była gotowa do pełnego członkostwa w NATO, ale ten proces mógłby zostać jakoś przeprowadzony jednocześnie z większym wsparciem dla Gruzji i niepoddawaniem się Rosji - oceniła Albright.

Polska mocno zabiegała o przyznanie Planu na Rzecz Członkostwa w NATO (ang. MAP) Gruzji i Ukrainie. Jednak wobec ostrego sprzeciwu m.in. Niemiec, nie udało się osiągnąć porozumienia w tej sprawie. Warszawa oczekuje, że Gruzja i Ukraina otrzymają MAP w grudniu. Państwa Sojuszu zadeklarowały jednak w Bukareszcie, że Gruzja i Ukraina staną się członkami NATO.

Była sekretarz stanu pytana o sprawę olimpiady w Pekinie - w kontekście ostatnich wydarzeń w Tybecie - powiedziała, że ona sama wybrałaby inne miejsce na igrzyska, ale fakt, że mają się odbyć w Chinach, nie jest dla niej "specjalnym problemem". - Mam nadzieję, że ludzie w Chinach zrozumieją wagę otwierania się na świat - dodała.

Jednocześnie zwróciła uwagę, że asystenci Dalajlamy XIV mają się spotkać z rządem w Pekinie, choć - jak zastrzegła - jej zdaniem powinno dojść do spotkania bezpośredniego z dalajlamą. - Ale to pierwszy ważny krok - oceniła.

Według niej, USA nie powinny bojkotować igrzysk olimpijskich. - Byłam w Białym Domu w 1979 roku, kiedy Rosjanie napadli na Afganistan i zastanawialiśmy się, jak ukarać Sowietów. Wtedy zbojkotowaliśmy olimpiadę w Moskwie (1980) i okazało się, że nie była to żadna kara dla Sowietów, tylko dla naszych lekkoatletów, którzy tak ciężko pracowali, a nie mogli tam pojechać - opowiadała Albright.

Jednocześnie przyznała, że ma wątpliwości co do ceremonii otwarcia olimpiady w Pekinie. - Uważam, że lepiej by było, żeby prezydent USA stwierdził, że nie pojedzie, jeżeli nie nawiązane zostaną rozmowy z dalajlamą i nie osiągnie się postępu - oświadczyła była sekretarz stanu. Jak dodała, "tę kwestię pozostawiłaby otwartą".

Jej zdaniem, władze w Pekinie zapewne zrozumiały już, jaki będzie koszt sytuacji związanej z Tybetem. - Pewnie będzie jakaś rezolucja, uchwała czy jakiś ruch idący w kierunku spotkania z dalajlamą oraz uznania religijnej i kulturowej autonomii Tybetu - mówiła Albright.

W połowie marca, w 49. rocznicę antychińskiego powstania w Tybecie, rozpoczęły się manifestacje i protesty. W kolejnych dniach przerodziły się one w największe od 20 lat antychińskie demonstracje, obejmujące także zamieszkane przez Tybetańczyków obszary poza Tybetańskim Regionem Autonomicznym, ale w historycznych granicach Tybetu. Tybetańskie władze na wygnaniu twierdzą, że zginęło w nich co najmniej 150 osób. Chiny oskarżają dalajlamę o organizację i podżeganie do antychińskich wystąpień.

Albright pytana przez Jarosława Wałęsę (PO) o nadchodzące wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych i o rywalizację między demokratami Barackiem Obamą a Hilary Clinton powiedziała, że nie ma zielonego pojęcia, jak to się skończy, ale - jej zdaniem - jest to bardzo interesująca kampania oraz "jest powód, by wybrać demokratę". - Nasza gospodarka jest w bardzo złym stanie, a społeczeństwo nie cierpi wojny w Iraku - podkreśliła.

Według niej, demokraci będą lepsi niż republikanie dla Stanów Zjednoczonych, także na scenie międzynarodowej. - Nie sądzę, szczerze mówiąc, żeby ta walka między Obamą a Hilary Clinton osłabiała demokratów - powiedziała Albright. Jak dodała, USA są dojrzałą demokracją, ale proces wyborczy jest skomplikowany i trudno jest przewidzieć cokolwiek.

Madeleine Albright objęła - jako pierwsza kobieta w historii Stanów Zjednoczonych - stanowisko sekretarza stanu USA w styczniu 1997 roku, z nominacji ówczesnego prezydenta Billa Clintona. Sprawowała je do stycznia 2001 roku.

INTERIA.PL/PAP
Dowiedz się więcej na temat: Rosjanie | USA | madeleine | NATO | Gruzja | sekretarz stanu | Nie

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje