"Berliner Zeitung" o niemieckiej arogancji wobec Polaków

Niemcy, zamiast domagać się ukarania Polski i Czech za odmowę przyjęcia uchodźców, powinny pomóc swoim sąsiadom na Wschodzie w odbudowie regionów przygranicznych, zniszczonych przez wojnę i komunizm - uważa "Berliner Zeitung".

"Niemcy pielęgnują od stuleci swoją antysłowiańską arogancję" - pisze Goetz Aly w komentarzu opublikowanym we wtorkowym wydaniu "Berliner Zeitung".

Reklama

Autor zaznacza, że sam widział, jak w latach 80. enerdowscy pogranicznicy upokarzali polskich podróżnych na przejściu granicznym we Frankfurcie nad Odrą.

"Obecnie niemiecka zarozumiałość dostała nową pożywkę, ponieważ rządy w Pradze i Warszawie odmawiają przyjęcia uchodźców. Z tego powodu Niemcy, przynajmniej ci, którzy uważają się za całkowicie pozbawionych uprzedzeń, uzurpują sobie prawo do pouczania z góry naszych wschodnich sąsiadów w kwestiach dotyczących humanizmu i demokracji" - pisze Aly.

Autor przypomina, że politycy domagają się obcięcia Polsce i innym krajom Europy Środkowo-Wschodniej subwencji UE, ponieważ, jak formułuje to niemiecka kanclerz, "solidarność nie jest ulicą jednokierunkową".

Kraje UE, które chcą przyjąć wielu uchodźców, powinny dostać za to pieniądze, kosztem tych, którzy odmawiają przejęcia migrantów lub przyjmują tylko niewielu - tłumaczy Aly.

Autor, chociaż sam nie jest wolny od pokusy, by przyznać rację zwolennikom takiej postawy, radzi, by jak najszybciej skończyć to "gadanie o karach".

"Niemcy nie mają żadnego powodu, by występować wobec sąsiadów na Wschodzie w roli guwernantki, strofować ich i grozić odebraniem kieszonkowego. W ten sposób szkodzimy sami sobie i nikomu nie pomagamy" - pisze publicysta i historyk.

Wyjaśniając swoje stanowisko, Aly nawiązuje do niedawnej wizyty w czeskim Żatecu na północnych Morawach. Jak zaznacza, do 1945 roku czeskie miasto nazywało się Saaz i było w XIX i na początku XX wieku kwitnącym ośrodkiem przemysłowym, sławnym na cały świat z powodu chmielu.

Po wejściu Wehrmachtu w 1938 roku Niemcy wymordowali żydowskich handlarzy chmielu i właścicieli fabryk. Wymiana ludności w 1945-1947 roku (wysiedlenie Niemców) i 40-letnie panowanie komunistów zaszkodziło bardzo temu regionowi - pisze Aly, podkreślając, że winę za oba kataklizmy ponoszą Niemcy.

Jego zdaniem tereny te do dziś nie przezwyciężyły skutków wojny i komunistycznej niegospodarności. Nieliczne knajpy zamykane są wcześnie, nie ma w nich przysmaków morawskiej kuchni, na pięknym rynku miejskim nie ma żadnej czynnej kawiarni, odpływ ludności zmniejsza szanse rozwoju, setki domów stoją puste - wylicza Aly.

Pomimo tego, absurdalnym pomysłem byłoby jego zdaniem osiedlanie uchodźców z Syrii czy Afganistanu. Pozostałym na miejscu mieszkańcom nie brakuje własnych problemów. Starają się powstrzymać upadek ich miasta. Ich wysiłki zasługują na wsparcie z Brukseli i Berlina, a nie na kary - pisze Aly.

Ponieważ sytuacja gospodarcza na wschodnioniemieckich rubieżach też jest niewesoła, w niemieckim interesie byłoby wspieranie gospodarki po stronie polskiej i czeskiej - uważa autor.

"A gdyby tak prezydenci Czech, Polski i Niemiec wspólnie przyjechali na ten teren? A gdyby tak niemiecki minister spraw zagranicznych Heiko Maas spotkał się ze swoim praskim kolegą w Żatecu-Saay? A gdyby tak zorganizować niemiecko-polsko-czeskie spotkanie rządowe w Libercu poświęcone strategii likwidowania skutków polityki przemocy w XX. wieku?" - pyta, kończąc komentarz Goetz Aly.

Jacek Lepiarz, Berlin, Redakcja Polska Deutsche Welle

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje