"Bliski Wschód jest jak XVIII-wieczna Europa"

Szef think tanku CFR Richard Haass ocenia w "Financial Times", że Bliski Wschód jest jak XVIII-wieczna Europa, zaplątana w spory polityczne i wyznaniowe, które mogą potrwać kolejne choćby 30 lat.

W tekście, który ukazał się w piątek na łamach brytyjskiego dziennika, szef Rady Stosunków Zagranicznych (CFR) przypomina, że w Jemenie, w którym od dawna obecne były podziały plemienne, wyznaniowe, polityczne i geograficzne, trwa teraz wojna domowa z udziałem co najmniej trzech stron: resztek zdominowanego przez sunnitów rządu prezydenta Abd ar-Raba Mansura al-Hadiego, Al-Kaidy na Półwyspie Arabskim oraz ruchu Huti, wspieranego przez szyicką część ludności jemeńskiej.

Reklama

Ale są też uczestnicy z zewnątrz: służby wywiadu USA prowadzące w Jemenie walkę z ekstremistami, Iran zbrojący Hutich, a od niedawna - Arabia Saudyjska i kilka innych krajów (Zjednoczone Emiraty Arabskie, Bahrajn, Maroko, Jordania) opowiadające się po stronie praktycznie obalonego rządu.

Zdaniem Haassa kierowana przez Saudyjczyków interwencja zbrojna to działanie zbyt mało znaczące i podjęte zbyt późno, które pokazuje jednak, że inne kraje zdają sobie sprawę, iż Jemen "jako państwo upadłe lub zdominowane przez grupę powiązaną z Iranem zagrażałby interesom Arabii Saudyjskiej i innych sunnickich rządów w regionie".

"Jemen stał się więc najnowszym punktem w konflikcie między Iranem i Saudyjczykami, szyitami i sunnitami. Kolejny to Bahrajn" - pisze Haass. Podkreśla jednak, że różnica między tymi dwoma państwami jest znacząca: zarówno pod względem ludności, jak i wielkości terytorium Bahrajn stanowi zaledwie ułamek Jemenu, dlatego też kilka tysięcy saudyjskich żołnierzy wysłanych tam wystarczyło, by stłumić protesty szyickiej większości przeciw mniejszościowemu rządowi sunnickiemu w Manamie.

Analityk przypomina też, że saudyjska monarchia nie dysponuje dobrze wyszkolonymi siłami lądowymi i powinna obawiać się dżihadystycznej organizacji Państwo Islamskie (IS); jego zdaniem jest kwestią czasu, kiedy IS zwróci się przeciw rządowi, który kontroluje dwa najświętsze miasta islamu.

Jako kolejny przykład konfliktu "napędzanego przez zewnętrzne siły kierujące się motywami natury religijnej i politycznej" Haass wskazuje wojnę domową w Syrii, gdzie walczą: popierany przez Rosję i Iran rząd alawickiej mniejszości, radykalne grupy sunnickie (w tym IS), Kurdowie i inne grupy sunnickie. "Końca tej wojny nie widać" - podkreśla.

"Własną dynamiką" rządzi się także Irak - zauważa Haass. Siły rządowe wspierane przez Iran i libański Hezbollah próbują odebrać bojownikom IS Tikrit, a niedawno do walki o to miasto włączyło się lotnictwo USA. "Nie wiadomo jednak, co się stanie, gdy bojownicy zostaną wyparci" - zaznacza ekspert dodając, że "sunnici i Kurdowie nigdy nie zaakceptują kraju (Iraku) zdominowanego przez Iran i szyickie milicje".

Wiedza o konfliktach toczonych w Europie w ramach wojny trzydziestoletniej (1618-1648) uczy, że konflikty te kończą się, kiedy "któraś strona lub ktoś z zewnątrz narzuca własny porządek lub dochodzi do ugody, zazwyczaj na skutek wyczerpania" walczących. "Niestety w przypadku Bliskiego Wschodu żadnego z tych scenariuszy nie ma w zasięgu wzroku" - konkluduje Richard Haass.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy