Chiny: Dramatyczny protest w Pekinie - 12 ludzi wypiło pestycydy

Dwanaście osób wypiło w Pekinie pestycydy w proteście przeciwko brakowi godziwego odszkodowania za wyburzenie ich domów w środkowych Chinach - informuje w środę agencja Associated Press. Wszyscy przeżyli. Policja zabrała ich do szpitala.

Jeden z uczestników tego dramatycznego protestu, który w założeniach miał być zbiorowym samobójstwem, ujawnił, że on sam i pozostali od 2010 roku bezskutecznie domagają się zadośćuczynienia za domy, wyburzone przez lokalne władze w prowincji Hubei. Podkreślił, że nikt nie chciał im pomóc, bito ich, wsadzano do tajnych więzień. - Czuliśmy, że nie ma już żadnej nadziei  - powiedział.

Reklama

Uczestnicy protestu wypili po ok. 50 mililitrów pestycydów i położyli się na ziemi. Policjanci odwieźli ich radiowozami do szpitala.

Chińskie władze ogłosiły w zeszłym miesiącu plan reformy obowiązującego od ponad 60 lat systemu przyjmowania skarg i zażaleń od niezadowolonych obywateli, za sprawą którego miliony petentów koczują każdego roku w Pekinie i stolicach poszczególnych prowincji.

Zapowiedziano kierowanie do sądów części spraw, którymi dotąd zajmowały się biura ds. petycji. Utworzona została również internetowa platforma do przyjmowania zażaleń. Zapowiedziano, że lokalne rządy nie będą już oceniane na podstawie ilości skarg składanych na nie przez obywateli.

Obecny system, którego korzenie sięgają Chin cesarskich, obliguje władze do rozpatrywania zażaleń składanych osobiście przez obywateli, jeśli czują się oni pokrzywdzeni przez urzędników. Zajmują się tym specjalne biura przyjmowania petycji na poszczególnych szczeblach hierarchii administracyjnej. Jeżeli wizyta w lokalnym biurze nie przyniesie skutku, obywatel może szukać sprawiedliwości w biurach wyższego szczebla, aż do Państwowego Biura ds. Petycji w Pekinie jako najwyższej instancji.

W praktyce prowadzi to do sytuacji, w której co roku dziesiątki milionów osób przybywają do Pekinu i innych dużych ośrodków administracyjnych, by składać skargi na niesprawiedliwość lub brak kompetencji lokalnych urzędników. Nazywa się ich w Chinach "shangfang" - petentami. Ich sprawy przeważnie dotyczą wywłaszczania ziemi, przymusowych wyburzeń budynków mieszkalnych, sporów z pracodawcami i opieszałości władz w poszukiwaniu sprawców przestępstw.

Po przybyciu do dużego miasta tacy ludzie są często siłą zatrzymywani przez bandytów działających na zlecenie nadużywających władzy prowincjonalnych urzędników, którym zależy na ukryciu niezadowolenia obywateli przed przełożonymi wyższego szczebla. By nie dopuścić do złożenia skargi, petentów siłą zamyka się w obskurnych mieszkaniach znanych jako "czarne areszty".

Zdarza się, że nagromadzona z czasem frustracja pcha ludzi do dramatycznych czynów. W sierpniu w Pekinie grupa 21 petentów z prowincji Heilongjiang na północnym-wschodzie kraju usiłowała popełnić zbiorowe samobójstwo, gdy ich skarga na lokalny urząd kolejowy nie została wysłuchana.

Jednym z najgłośniejszych incydentów związanych z systemem shangfang była detonacja ładunku wybuchowego przez mężczyznę poruszającego się na wózku inwalidzkim na lotnisku międzynarodowym w Pekinie w lipcu. Sprawca wybuchu, niepełnosprawny Ji Zhongxing, chciał w ten sposób zaprotestować przeciwko niesprawiedliwości, jakiej doznał od lokalnych urzędników w mieście Dongguan (prowincja Guangdong). W wyniku eksplozji stracił rękę i trafił do więzienia, ale sprawa jego domniemanego pobicia przez straż miejską w 2005 roku została ponownie otwarta.

Dowiedz się więcej na temat: Chiny | akcja protestacyjna | pestycydy

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje