Chiny: Społeczeństwo oburzone brutalnością straży miejskiej

Śmierć z rąk strażników miejskich ulicznego sprzedawcy arbuzów i zdetonowanie ładunku wybuchowego przez niepełnosprawnego mężczyznę na lotnisku w Pekinie wywołały nową falę oburzenia na funkcjonowanie straży miejskiej i całego chińskiego wymiaru sprawiedliwości.

Chińską opinią publiczną wstrząsnęły niedawno dwa wydarzenia, oba związane z funkcjonariuszami Chengguanu -  przypominających straż miejską parapolicyjnych służb, słynących z brutalności i samowoli.

W mieście Linwu (prowincja Hunan) podczas ich interwencji zginął 17 lipca rolnik Deng Zhengjia sprzedający na ulicy arbuzy. Według świadków strażnicy pobili go na śmierć odważnikami, których używał do ważenia owoców. Żona Denga trafiła do szpitala.

Kilkaset osób wyszło na ulice

Reklama

Śmierć rolnika wywołała oburzenie w chińskich mediach społecznościowych, a na ulice Linwu wyszło kilkaset osób, domagając się ukarania winnych. Protest został następnego dnia stłumiony przez policję. Zdjęcia pobitych, zakrwawionych uczestników demonstracji i doniesienia o użyciu siły przeciwko dziennikarzom obiegły sieć Weibo (chiński odpowiednik Twittera), dodatkowo rozdrażniając internautów.

Tydzień temu, w sobotę, poruszający się na wózku inwalidzkim Ji Zhongxing zdetonował ładunek wybuchowy domowej roboty na lotnisku w Pekinie, raniąc siebie i jednego interweniującego policjanta. Według świadków przed eksplozją ostrzegł znajdujących się w pobliżu ludzi, by nie podchodzili, gdyż ma bombę.

Wkrótce okazało się, że również i on padł ofiarą brutalności Chengguanu. Z informacji opublikowanych na jego blogu, obecnie zablokowanym przez cenzorów, wynika, że w 2005 roku Ji został pobity przez strażników w mieście Dongguan (prowincja Guangdong), kiedy pracował na czarno jako kierowca taksówki motocyklowej. W wyniku pobicia stracił czucie w nogach i od tego czasu jeździ na wózku inwalidzkim.

Po siedmiu latach bezskutecznego poszukiwania sprawiedliwości w urzędach różnego szczebla w akcie desperacji zdetonował ładunek, by zwrócić uwagę opinii publicznej na swój los. Informacji tych nie udało się zweryfikować w niezależnych źródłach, ale po kilku dniach władze prowincji Guangdong ogłosiły, że sprawa pobicia Ji przez Chengguan zostanie wznowiona.

Cieszą się złą sławą

Zadaniem Chengguanu jest zwalczanie wykroczeń i drobnej przestępczości w chińskich miastach. Do ich obowiązków należy m.in. kontrola ulicznych sprzedawców niemających odpowiednich zezwoleń, w większości ubogich mieszkańców wsi, dla których drobny handel jest jedynym źródłem utrzymania.

Strażnicy cieszą się w społeczeństwie złą sławą tyranów bezkarnie znęcających się nad biednymi i bezbronnymi, na którą zapracowali sobie licznymi przypadkami brutalnych pobić podejrzanych i bezprawnej konfiskaty ich mienia.

"W mojej kochanej ojczyźnie każda nowa ulica widziała brutalność funkcjonariuszy straży miejskiej" - napisał na swoim blogu popularny chiński pisarz i dziennikarz śledczy Li Chengpeng, komentując tragedię w Linwu.

Ponad 150 takich spraw z lat 2010-2012 opisała organizacja praw człowieka Human Rights Watch w specjalnym raporcie dotyczącym nadużyć Chengguanu. W wielu przypadkach ofiarami brutalności strażników były kobiety, osoby starsze lub niepełnosprawne i przechodnie usiłujący zarejestrować wydarzenia telefonami, a niekiedy nawet wezwani na miejsce policjanci. W kilku przypadkach interwencje funkcjonariuszy Chengguanu skończyły się śmiercią podejrzanego.

- Chengguan nie broni bezpieczeństwa obywateli Chin, lecz aktywnie je podkopuje - powiedziała dyrektor HRW na Chiny Sophie Richardson. - Chiński rząd może pokazać, że poważnie podchodzi do praworządności, kładąc kres nadużyciom i bezkarności Chengguanu".

Chociaż gniew Chińczyków skierowany jest głównie przeciwko funkcjonariuszom Chengguanu, na Weibo pojawiły się również komentarze nawołujące do zmiany całego systemu egzekwowania prawa. "Oburzając się na Chengguan, nie zapominajcie, że cały ten system wyrasta ze zgniłych korzeni" - napisał jeden z blogerów.

Za każdym razem, gdy dochodzi do tragedii...

Jednak trwający od lat konflikt Chengguanu z ulicznymi handlarzami przyniósł ofiary śmiertelne nie tylko po stronie podejrzanych. Życie straciło podczas interwencji również kilku strażników miejskich.

- Podczas inspekcji bazarów spotykaliśmy się z wrogością, jeszcze zanim cokolwiek zrobiłam, już obrażano mnie i moją rodzinę. Myślę, że sednem sprawy pozostaje konflikt pomiędzy nami a interesami handlarzy. Nie sądzę, by kiedykolwiek udało się go w pełni rozwiązać - powiedziała była funkcjonariuszka kantońskiego Chengguanu o nazwisku Liu.

Jak dodała, nigdy nie była świadkiem stosowania przemocy przez strażników, natomiast kilkakrotnie zdarzyło się, że to oni zostali zaatakowani przez handlarzy.

- Strażnicy miejscy są tylko ulicznymi wykonawcami prawa, oni też należą do najniższego szczebla. Za każdym razem, gdy dochodzi do tragedii, ludzie jednoczą się przeciwko Chengguanowi, ale nie krytykują źródła problemu i nie domagają się zmiany systemu - wyjaśnił PAP prawnik z Hunanu.

- Zanim zaczniemy rozmawiać o chińskim śnie, powinniście zatroszczyć się o sen sprzedawcy arbuzów - zaapelował na zakończenie swojego eseju pisarz Li Chengpeng, nawiązując do lansowanego przez administrację prezydenta Xi Jinpinga hasła "chiński sen".

Z Kantonu Andrzej Borowiak

Dowiedz się więcej na temat: Chiny | straż miejska

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje