Coroczne marsze prorządowe po protestach przeciwko wysokim cenom

Dziesiątki tysięcy zwolenników władz Iranu wzięło udział w sobotę w dorocznych prorządowych marszach w Teheranie i innych miastach, w kolejną rocznicę zakończenia protestów z 2009 roku. Marsze są organizowane po dwóch dniach sprzeciwiania się podwyżkom cen.

Państwowa telewizja pokazała zdjęcia z marszu w Teheranie i w drugim co do wielkości irańskim mieście Meszhedzie, na północnym wschodzie. Uczestnicy drugiego zgromadzenia nieśli transparenty z hasłami poparcia dla najwyższego przywódcy duchowo-politycznego Iranu ajatollaha Alego Chameneia.

Reklama

Według państwowej telewizji na sobotę zaplanowano marsze w ponad 1,2 tys. miast i miejscowości. Odbywają się one co roku, by upamiętnić wielkie zgromadzenie, które położyło kres protestom wywołanym przez reelekcję prezydenta Mahmuda Ahmadineżada w 2009 roku. Rywale Ahmadineżada twierdzili, że wybory ostały sfałszowane. Uliczne protesty trwały wówczas osiem miesięcy.

W czwartek setki ludzi wyszły na ulice Meszhedu, by protestować przeciwko bezrobociu, korupcji i podwyżkom cen podstawowych produktów, takich jak jajka czy drób. Niektórzy uczestnicy demonstracji skandowali też hasła przeciwko prezydentowi Hasanowi Rowhaniemu. Policja aresztowała 52 osoby. Do antyrządowych protestów doszło także w kilku innych irańskich miastach.

W piątek policja rozpędziła antyrządowych demonstrantów w Kermanszah na zachodzie kraju, a protesty rozszerzyły się na Teheran i kilka innych miast. To największa fala protestów od 2009 roku. Na nagraniach ze świętego miasta szyitów irańskich Kom widać setki demonstrantów, którzy skandują: "Śmierć dla dyktatora" lub "Uwolnić więźniów politycznych".

USA ostro potępiły aresztowanie protestujących. Prezydent Donald Trump napisał na Twitterze: "Irański rząd powinien szanować prawa swych obywateli, w tym prawo do wyrażania opinii. Świat patrzy!".

Protesty świadczą o coraz większym niezadowoleniu Irańczyków z powodu rosnących cen i rzekomej korupcji, a także o obawach dotyczących kosztownego zaangażowania kraju w regionalne konflikty, np. w Syrii i Iraku - pisze agencja Reutera.

Gwardia Rewolucyjna, która wraz z paramilitarną milicją islamską Basidż w 2009 roku zainicjowała represje wobec protestujących, napisała w oświadczaniu upublicznionym przez państwowe media, że doszło do prób powtórki ówczesnych niepokojów, ale zapewniła, ze "irański naród (...) nie pozwoli, aby kraj został zraniony".

Znany konserwatywny duchowny ajatollah Ahmad Alamolhoda wezwał do ostrych działań wobec demonstrantów. Wiceprezydent Iszak Dżahangiri, sojusznik prezydenta Rowhaniego, zasugerował, że protesty mogli wywołać skrajnie konserwatywni przeciwnicy pragmatycznego szefa państwa, którzy stracili później nad nimi kontrolę.

Otwarcie polityczne protesty to rzadkość w Iranie, gdzie siły bezpieczeństwa są wszechobecne - pisze agencja Reutera. Jednak w kraju często odbywają się demonstracje pracowników przeciwko zwolnieniom lub niewypłacaniu wynagrodzeń a także osób, które mają depozyty w nieregulowanych bankrutujących instytucjach finansowych.

Jedną z głównych obietnic wyborczych Rowhaniego, wybranego na drugą kadencję w maju 2017 roku, było ożywienie gospodarcze. Chociaż udało mu się ograniczyć inflację do poniżej 10 proc., to stopa bezrobocia wciąż utrzymuje się na wysokim poziomie i wzrosła do ponad 12 proc.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje