"Decyzja KE nie oznacza nałożenia sankcji na Warszawę"

Decyzja KE o uruchomieniu wobec Polski procedury praworządności jest sygnałem, że w UE należy przestrzegać zasad, nie oznacza ona jednak nałożenia sankcji na Warszawę - podkreśla ekspert brukselskiego think tanku Martens Centre, Roland Freudenstein.

KE postanowiła w środę rozpocząć wobec Polski pierwszy etap procedury mającej na celu przeciwdziałanie zagrożeniom dla państwa prawa. Decyzja wynika z sytuacji wokół Trybunału Konstytucyjnego.

Reklama

- Po pierwsze oznacza to, że wartości mają znaczenie. Jeśli zostajesz członkiem klubu, musisz postępować zgodnie z jego zasadami. Uważam, że to najważniejszy sygnał - powiedział Freudenstein.

Jak zaznaczył, decyzja KE nie oznacza automatycznych sankcji przeciwko Polsce. Według niego to próba sformalizowania współpracy z polskim rządem w celu znalezienia wspólnego rozwiązania problemu wynikającego z kryzysu, jaki wybuchł wokół Trybunału Konstytucyjnego i mediów publicznych.

W ocenie Freudensteina jest bardzo mało prawdopodobne, że procedura doprowadzi do zastosowania wobec Polski tzw. opcji atomowej, czyli uruchomienia artykułu 7 traktatu o UE. W jego konsekwencji kraj członkowski może być pozbawiony prawa głosu w Radzie UE.

"Piłka jest teraz po stronie polskiego rządu"

- Uważam, że ten proces zakończy się gdzieś pomiędzy tym co mamy teraz i uruchomieniem artykułu 7. Najważniejsze jest wysłanie sygnału do polskiego rządu, że to, co się dzieje w Warszawie, może i musi być przedmiotem dyskusji w Brukseli - podkreślił ekspert.

W jego opinii nie jest prawdą, że decyzje polskiego rządu pozostają tylko polską sprawą. Freudenstein zaznaczył, że takie myślenie nie jest uprawnione w UE. - To, czy będą jakieś pozytywne efekty pokazania siły Brukseli wobec Warszawy, jest zupełnie inną historią, ale nie wiem, czy to prawdopodobne - dodał.

Według eksperta,  piłka jest teraz po stronie polskiego rządu, który musi zdecydować, czy chce uruchomić antyeuropejską, antyzachodnią i antyniemiecką retorykę, czy nie. - KE dziś wypełniła swoje zadanie. Polska i Polacy wiedzieli o wartościach unijnych, gdy wchodzili do UE w 2004 r. Ten klub ma zasady, jedną z nich jest poszanowanie państwa prawa i stabilnych instytucji - oświadczył.

Analityk Martens Centre uważa, że rząd w Warszawie nie powinien kontynuować retoryki, jaką stosuje od kilku tygodni, i zamiast tego wejść w racjonalny dialog z KE.

Freudenstein wyklucza wychodzące poza ramy prawne posunięcia ze strony UE, jak np. odbieranie Polsce środków z funduszy spójności. - Budżet na okres 2014-2020 w swojej przeważającej części jest ustalony, a administrowanie funduszami jest w rękach państw członkowskich. KE nie może po prostu zabrać miliardów euro Polsce. To technicznie niemożliwe - podkreślił ekspert.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje