Donald Trump w centrum debaty prezydenckiej Republikanów

Miliarder Donald Trump nie zaskoczył i utrzymał prowokacyjny styl pozostając w centrum uwagi podczas najważniejszej w czwartek, organizowanej na 15 miesięcy przed wyborami prezydenckimi w USA telewizyjnej debaty kandydatów walczących o republikańską nominację.

Już na wstępie debaty, która odbyła się w telewizji Fox News, Trump, magnat rynku nieruchomości i gwiazdor telewizyjny, odmówił zadeklarowania, że nie wystartuje w wyborach prezydenckich jako kandydat niezależny, jeśli nie zdobędzie nominacji Republikanów.

Reklama

- To oznacza, że wspiera Hillary Clinton - zareagował inny kandydat, senator z Kentucky Rand Paul, odnosząc się do faworytki Demokratów w wyścigu do Białego Domu w 2016 roku. Paul jako jedyny z pozostałych Republikanów podczas całej debaty nie ustępował w atakowaniu Trumpa. Zarzucił miliarderowi bliskie związki z Clintonami, przypominając, że byli gośćmi na jego ślubie. Trump nie zaprzeczył. - Powiedziałem Hillary Clinton, że ma być na moim ślubie i przyszła. A wiecie dlaczego? Musiała, bo płaciłem na ich fundację - powiedział Trump.

Trump został też przyciśnięty przez współprowadzącą debatę Megyn Kelly. Zacytowała ona jego wypowiedzi, w których porównywał kobiety do "tłustych świń" czy "niechlujów". Lider republikańskich sondaży prezydenckich, wspierany głównie przez białych mężczyzn, odrzucił to pytanie, twierdząc, że jest z gatunku "politycznej poprawności", która - jego zdaniem - jest podstawą problemów Ameryki.

- Tyle osób mnie atakuje, a ja nie mam czasu na polityczną poprawność. Ten kraj też nie ma na to czasu. Przegrywamy z Chinami, z Indiami (...), a potrzebujemy siły, energii i rozumu - powiedział. - Szczerze mówiąc Megyn, jeśli mnie nie lubisz, to trudno. Byłem dla ciebie miły, chociaż prawdopodobnie nie musiałbym biorąc pod uwagę, jak mnie potraktowałaś - dodał, zwracając się do prowadzącej, na co widownia zareagowała oklaskami i gwizdami jednocześnie.

Powtórzył też swą kontrowersyjną propozycję wybudowania muru na granicy z Meksykiem, "by trzymać nielegalnych imigrantów poza krajem". - Nasi liderzy i politycy są głupi, a meksykański rząd znacznie mądrzejszy, bo wysyłają nam tych złych (imigrantów), za których nie chcą płacić i o których nie chcą dbać. Czemóż mieliby to robić, skoro głupi przywódcy USA zrobią to za nich - powiedział. 

W antyimigracyjnej retoryce Trumpowi dorównał chyba tylko gubernator Luizjany Bobby Jindal, który powiedział, że "imigracja bez asymilacji to inwazja".

"Dostarczyłbym Ukrainie broń i wysłał więcej wojska do Polski"

Pozostali kandydaci, a zwłaszcza były gubernator Florydy Jeb Bush oraz gubernatorzy Wisconsin - Scott Walker, New Jersey - Chris Christie i Ohio - John Kasich koncentrowali się w debacie na swych dokonaniach, sporo miejsca poświęcając problemom gospodarczym, a także konserwatywnym wartościom. Każdy wypowiedział się za zablokowaniem funduszy federalnych dla organizacji Planned Parenthood, która prowadzi kliniki aborcyjne dla ubogich kobiet.

Bush powtórzył, że jest za reformą prawa imigracyjnego, która umożliwi stopniową legalizację statusu nielegalnych imigrantów, pod warunkiem że spełnią surowe wymogi. - Uważam, że większość ludzi, którzy tu przyjeżdżają nielegalnie, nie ma innych możliwości. Robią to dla rodzin - zwrócił uwagę. Jednocześnie obiecał, że jeśli zostanie prezydentem, to anuluje reformę o ubezpieczeniach zdrowotnych tzw. Obamacare i w jej miejsce przyjmie inną, mniej uciążliwą dla pracodawców.

Część poświęconą polityce zagranicznej zdominowała zawarta niedawno przez sześć mocarstw, w tym USA, umowa z Iranem w sprawie programu nuklearnego tego kraju. Wszyscy kandydaci zgodnie skrytykowali tę umowę. O konflikcie na Ukrainie wypowiedział się zajmujący drugie miejsce w republikańskich sondażach Scott Walker, krytykując zbytnią uległość Obamy wobec Rosji. - Dostarczyłbym Ukrainie broń i wysłał więcej wojska do Polski - obiecywał. Przy okazji nie ustrzegł się błędu i powiedział, że "przywróciłby system tarczy antyrakietowej, taki jaki mieliśmy w Polsce i Czechach", co natychmiast wyłapali użytkownicy Twittera.

Z uwagi na to, że swe prezydenckie ambicje ogłosiło aż 17 Republikanów (rekord w wyborach prezydenckich), Fox News zaprosiła do głównej debaty, która została przeprowadzona w Cleveland w stanie Ohio, tylko dziesięciu kandydatów, którzy cieszyli się najwyższym poparciem w ostatnich pięciu narodowych sondażach.

Trump nie musiał martwić się o zaproszenie. Mimo licznych kontrowersji wybił się w sondażach na prowadzenie, osiągając poparcie ok. 20 proc. wśród wyborców Partii Republikańskiej. Ale Trump pozostaje bardzo niepopularny w skali kraju i większość ekspertów bardzo sceptycznie ocenia jego szanse na nominację.

Sposób selekcji do debaty wywołał pewną krytykę ze względu na znaczny margines błędu w badaniach opinii publicznej. Do ostatniej chwili nie było wiadomo, kto załapie się do pierwszej dziesiątki. Siódemka, która się nie zakwalifikowała, wzięła udział w osobnej debacie, która odbyła się tego samego dnia, ale wcześniej, w znacznie gorszym czasie antenowym. W tamtej debacie zdecydowanie najlepiej wypadła według wielu komentatorów i internatów mało dotychczas znana była szefowa Hewlett-Packard Carly Fiorina.

Druga, główna debata nie miała tak wyraźnego zwycięzcy. Trump zdecydowanie był w centrum uwagi, a jego kontrowersyjne wypowiedzi zajęły najwięcej czasu antenowego (w sumie ponad 11 minut). Ale dopiero sondaże pokażą, czy tym występem poprawił, czy osłabił swe notowania.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy