​Ekspert: Orban stosuje w relacjach z KE podwójną grę

W starciu z KE premier Węgier Wiktor Orban stosował podwójną grę; w Brukseli był koncyliacyjny, w kraju stanowczo krytykował UE; to zdecydowało o jego sukcesie - ocenia politolog Dominik Héjj. Według niego, podobnie jak w przypadku Węgier, także wobec Polski dojdzie do zaostrzenia działań KE.

Héjj, redaktor naczelny portalu www.kropka.hu poświęconego węgierskiej polityce, ocenił w rozmowie z PAP, że rozpoczęta przez KE wobec Polski procedura mająca na celu przeciwdziałanie zagrożeniom dla państwa prawa - "z góry skazana jest na porażkę, co dobrze pokazał przykład Węgier". Jak zaznaczył, większości wymagane przez tę procedurę są tak duże i tak zbiurokratyzowane, że nawet najbardziej antywęgierskie rezolucje Parlamentu Europejskie nie zapadały taką większością głosów, która umożliwiłaby podjęcie wobec Polski ostatecznego etapu tej procedury. "Cała ta procedura pozostaje de facto zapisem czysto prawnym i wątpię, że przy obecnych nastrojach w UE uda się go przeprowadzić" - dodał.

Reklama

Politolog zaznaczył, że postępowań KE wobec Węgier i sesji plenarnych PE, na których debatowano o Węgrzech, były setki. "Największy akcent był położony w 2012 r. na zmiany dotyczące banku narodowego, kwestie związane z sądownictwem i Trybunałem Konstytucyjnym oraz ochroną danych osobowych" - dodał. Podkreślił, że Orban brał udział we wszystkich ważniejszych debatach w UE na temat Węgier, przy czym prowadził swoistą podwójną grę.

"Z jednej strony w Brukseli uprzejmie dziękował za możliwość zabrania głosu, podkreślał, że demokracja polega na swobodzie wypowiedzi, że on nie ucieka od odpowiedzialności. Z drugiej strony na Węgrzech atakował Unię Europejską" - tłumaczył ekspert. Podkreślił, że ta "podwójna gra przyniosła niebywałe korzyści Orbanowi".

"Przemówienia Orbana w Brukseli są bardzo koncyliacyjne, wszystkie odpowiedzi są udzielane terminowo" - mówił. Natomiast o tym, jak Orban przejmuje się KE, zaznaczył Héjj, mogą świadczyć chociażby jego odpowiedzi na pytania węgierskich dziennikarzy po tym, jaka Komisja w listopadzie 2015 r. wszczęła postępowanie przeciw Węgrom w związku z planami finansowania przez budżet państwa budowy dwóch nowych reaktorów elektrowni atomowej w Paks. "Na każde z nich odpowiadał: +idziemy dalej+, w domyśle i tak wyjdzie na nasze" - mówił.

Wybiegiem Orbana było też - jak mówił ekspert - to, że dokumenty przekazywane do PE i KE były w języku węgierskim a nie angielskim, więc trzeba było najpierw je przetłumaczyć, przez co węgierski premier zyskuje na czasie.

Pewną metodą jest też to, mówił Héjj, że nie wprowadza się wymaganych przez Brukselę poprawek do ustaw, ale najczęściej uchwala nowe. "W większości niewiele różniące się od starych. Zmiany te uzasadnia się w ten sposób: praktyka prawna skłoniła nas do wniosku, że trzeba wprowadzić tę zmianę; broń boże nie KE nam kazała" - mówił politolog.

Tak było na przykład z zapisami dotyczącymi rady polityki pieniężnej. KE kwestionowała zapis o tym, że projekt posiedzenia musi być przedłożony rządowi, a na samym posiedzeniu może być obecny minister finansów. "Zmieniono ten zapis i na posiedzeniu rady polityki pieniężnej nie ma już ministra, ale zrobiono to, uchwalając nową ustawę o banku narodowym w 2013 r." - dodał.

Ostatnio Orban zaczął mocniej podkreślać konieczność reformy UE, w tym nawet zmian traktatowych, czego nie chcą nawet Brytyjczycy - mówił ekspert. Węgierski premier zaczyna też ostrzej mówić o dominacji dużych krajów UE nad małymi, zjednując sobie tym kolejne kraje UE - ostatnio m.in. Słowenię - których staje się reprezentantem w Brukseli. Według politologa Orban chce być liderem państw naszego regionu.

Ekspert uważa, że Orban, krytykując UE, za każdym razem proponuje pewne rozwiązania. "Za każdym razem podkreśla też znaczenie funduszy unijnych w rozwoju Węgier czy strategicznego partnerstwa z Niemcami. Orban jest do bólu pragmatyczny. Jego podwójna gra pozwala mu na rozgrywanie KE po swojemu, bez żadnych sankcji" - ocenił ekspert.

Najlepszym dowodem na to, że Orban osiągnął w tym sukces, mówił politolog, jest grudniowa regulacja PE dotycząca zagrożenia praworządności na Węgrzech, gdzie PE zaleca KE wszczęcie postępowania wobec Węgier, sugerując, że jeżeli nic nie zostanie zrobione, to inne kraje mogą pójść w ślady Budapesztu. "Dowodzi to, że UE zaczęła zauważać, że polityka i dyskurs Orbana jest skuteczny" - dodał.

Héjj zaznaczył, że z doświadczeń węgierskich wynika dla Polski m.in. to, że trzeba być obecnym podczas debat w Brukseli. "Ważna jest też warstwa retoryczna, umiejętność zjednywania sobie partnerów, pewna charyzma" - dodał. Zwrócił przy tym uwagę, że eurodeputowani Fideszu należą do największej frakcji w PE - Europejskiej Partii Ludowej, a europosłowie PiS do znacznie mniej licznej frakcji Europejskich Konserwatystów. "Poza tym UE nie pozwoli sobie raczej drugi raz na wyrośnięcie polityka tego formatu, co Orban" - dodał.

Jednocześnie ekspert nie spodziewa się zaostrzenia działań KE, w tym uruchomienia kolejnych etapów. Zwrócił uwagę, że UE walczy obecnie z ogromnym kryzysem imigracyjnym, który będzie się nasilał z nastaniem cieplejszych miesięcy. Jego zdaniem nie będzie wystarczającej większości wśród krajów UE, by dalsze etapy procedury mającej na celu przeciwdziałanie zagrożeniom dla państwa prawa, były wobec Polski wszczynane.

Jego zdaniem nie będzie jednomyślności w tej kwestii nawet wśród krajów tzw. starej UE. Według niego reakcja na sytuację w Polsce to zadanie dla Rady Europy. "Rada Europy się nie rozpadnie; tam współpraca opiera się na innych zasadach, kraje nie są tak mocno ze sobą powiązane finansowo, a więc tam można powiedzieć więcej. Raporty RE są uważane za bardziej bezstronne niż UE, bo tam nie rządzą Niemcy" - mówił.

KE postanowiła w środę rozpocząć wobec Polski pierwszy etap procedury mającej na celu przeciwdziałanie zagrożeniom dla państwa prawa. Proces ten składa się z trzech etapów. Pierwszym jest ocena KE, podczas której gromadzone są informacje dotyczące ewentualnych zagrożeń. W kolejnym kroku, o ile sprawa nie zostanie załatwiona wcześniej, przewidziana jest publikacja przez KE "zalecenia w sprawie państwa prawnego", by państwo członkowskie rozwiązało stwierdzone problemy w wyznaczonym terminie i poinformowało o tym Brukselę.

W trzecim etapie KE monitoruje działania podjęte w odpowiedzi na jej zalecenia. Jeśli uzna, że nie są one wystarczające, może skorzystać z mechanizmu przewidzianego w art. 7 Traktatu o UE, czyli zwrócić się do Rady o stwierdzenie poważnego ryzyka naruszania wartości UE przez kraj unijny.

Procedura reagowania na systemowe zagrożenia dla rządów prawa, której pierwszy etap KE uruchomiła w środę wobec Polski, istnieje od marca 2014 roku. Uruchomiono ją po raz pierwszy. Celem tej procedury jest umożliwienie Komisji Europejskiej dialogu z danym państwem członkowskim, aby zapobiegać "wyraźnemu ryzyku poważnego naruszenia" przez państwo unijne m.in. wartości demokratycznych.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje