"FT": Rosja musi dopuścić świat do Czeczenii

Związek między zamachowcami z Bostonu a Północnym Kaukazem zwrócił ponownie uwagę na nierozwiązane problemy tego regionu na skraju Europy. Do tej pory Zachód tolerował sprzeczne sygnały Rosji w tej sprawie - pisze we wtorek komentator "Financial Timesa".

Brytyjski dziennikarz Thomas de Waal z fundacji Carnegie Endowment zwraca uwagę na ewolucję konfliktu. "Rebelianci walczący o niepodległość Czeczenii zostali przyćmieni przez islamskich bojowników z regionu. Rozpoczęli serię ataków terrorystycznych, z których najbardziej przerażające było wzięcie zakładników w szkole w Biesłanie w 2004 roku" - zauważa komentator na łamach "FT".

Reklama

Jak odnotowuje, większość zachodnich rządów uczyniła mało lub nic, aby powstrzymać rosyjską wojnę w Czeczenii, a wiele krajów przygotowywało się na islamistyczny atak czeczeńskich lub dagestańskich rebeliantów na jakiś zachodni cel. Taki zamach nie nastąpił - aż do ubiegłego tygodnia - zaznacza.

De Waal ocenia, że każdemu obserwatorowi z zewnątrz rosyjski rząd odpowiadał zawsze "sprzecznym komunikatem". Z jednej strony, Moskwa argumentowała, że zasługuje na wsparcie Zachodu, ponieważ rebelia na Kaukazie Północnym nie ma nic wspólnego z rosyjską polityką, ale jest po prostu kolejnym frontem międzynarodowej wojny z terrorem. Z drugiej strony przekonywano, że to wewnętrzna sprawa Rosji i zagranica nie ma prawa wymagać od Moskwy tłumaczeń. "Większość zachodnich rządów, mając dość innych problemów, godziło się na tę dwoistość w myśleniu. Ale teraz tej linii coraz bardziej nie udaje się utrzymać" - pisze.

I zauważa, że przypadek braci Dżochara i Tamerlana Carnajewów wskazuje na trop prowadzący z Massachusetts do Dagestanu i Czeczenii, gdzie ktoś "miał wolę wyeksportowania terroryzmu na Zachód".

Komentator podsumowuje, że Moskwa straciła kontrolę nad 9-milionowym regionem, który tak bardzo różni się od reszty kraju. Od czasów Borysa Jelcyna rosyjskie władze robiły wszystko, by ograniczyć obecność międzynarodową w regionie - zarówno jeśli chodzi o Organizację Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie, której misja w Czeczenii pomogła wynegocjować zakończenie pierwszej wojny w 1996 roku, a potem Radę Europy, która monitorowała przypadki naruszeń praw człowieka za prowadzonej przez Władimira Putina wojny na początku lat 2000.

Jak podkreśla, Rosja powinna teraz zaprosić do regionu obie organizacje, których jest członkiem, i rozpocząć długi proces przywracania go Europie. "Nawet najbardziej zagorzali rosyjscy patrioci będą musieli teraz przyznać, że otwarcie Północnego Kaukazu jest lepszym rozwiązaniem niż pozostawienie kiełkującej przemocy w zapomnianym zakątku Europy" - konkluduje Thomas de Waal.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje