Hiba nie zdejmie hidżabu

Hiba i Rimas /Paweł Krawczyk /INTERIA.PL

Rimas, 6-letnia Syryjka, nie potrafi usiedzieć w miejscu - wręcz nosi ją po niewielkim pokoju. Raz rzuca się na szyję matce, potem wchodzi na plecy siedzącej na materacu babki. Odstawiona na bok, łapie w dłoń telefon, robi kilka kroków i rzuca aparatem o ścianę. Stara komórka rozpada się na kawałki.

Reklama

- Rimas! - krzyczy matka. Dziewczynka posłusznie zbiera części komórki, próbuje złożyć je do kupy, by po chwili znów cisnąć plastikowym prostokątem - tym razem w podłogę.

W pułapce choroby

- Sąsiedzi nie mogli takich zachowań zaakceptować - mówi ze smutkiem Hiba, matka autystycznej Rimas. - Bali się o swoje dzieci i dlatego źle traktowali moją córkę. Musiałam się przeprowadzać z miejsca na miejsce, aż wreszcie trafiłam tu, z dala od innych.

Reklama

Tu oznacza gospodarczy budynek na tyłach okazałej willi w podbejruckim Aley. Wzniesiona na wzgórzu rezydencja jest jedną z wielu takich budowli w okolicy. Aley pośród stołecznych Libańczyków już dawno zyskała status kurortu - miejsca, gdzie jest chłodniej niż w stolicy, co zwłaszcza latem ma niebagatelne znaczenie. Po 11 września 2001 roku schronienia przed dokuczliwym upałem zaczęli tu szukać również Saudyjczycy i Katarczycy. Nawet oni - zasobni mieszkańcy Bliskiego Wschodu - odczuli nieprzychylny stosunek ludzi Zachodu. Aley dawała wytchnienie i święty spokój - jak grzyby po deszczu rosły więc kolejne rezydencje. Aż nastała rewolucja w Syrii i miasteczko zapełniło się innym rodzajem tymczasowych mieszkańców - uchodźcami.

Dziś jest ich w Aley kilka tysięcy - wśród nich Hiba z rodziną.

- To idealne miejsce - mówi Syryjka. Płot oddzielający posiadłość od reszty świata sprawia, że autystyczna Rimas ma kontakt tylko z dwójką nieco starszych od niej braci. Co prawda w diagnozie wystawionej przez lekarza ze szpitala przy Uniwersytecie Amerykańskim w Bejrucie znalazło się zalecenie, by dziewczynka integrowała się z rówieśnikami. Jest tam jednak też zastrzeżenie, że należałoby to robić pod okiem doświadczonego personelu. Na co pozbawionej dosłownie wszystkiego rodziny zwyczajnie nie stać.

- Mąż jest malarzem - opowiada Hiba. - Zatrudnia się do różnych budów, ale często jest tak, że przez wiele dni nie ma żadnego zajęcia.

- Dziś pracuje? - pytam.

- Pojechał na rekrutację - odpowiada kobieta. Syryjka ma na myśli targi taniej siły roboczej - miejsce, w którym zbierają się uchodźcy, gdzie libańscy przedsiębiorcy poszukują wszelkiej maści fachowców na jedną bądź kilka dniówek. Oczywiście nielegalnej pracy.

W pułapce tradycji

Ta rodzina i tak ma sporo szczęścia. Pomieszczenia gospodarcze - niewielki pokój, kuchnia i WC - wynajmują w zamian za pracę na rzecz właściciela willi.

- Pielęgnujemy ogród, sprzątamy w domu - opowiada Hiba. Jej rodacy, którym przyszło mieszkać w Bejrucie i okolicy, płacą 300-400 dolarów miesięcznie za wynajem nędznych zwykle mieszkań, garaży czy zaadaptowanych piwnic. Hibie pomaga też matka, 60-letnia Malak. Nie ma tu mowy o wsparciu finansowym - zarabiająca na ulicznej sprzedaży chusteczek higienicznych kobieta sama żyje poniżej granicy ubóstwa. Chodzi o pomoc przy dzieciach, zwłaszcza absorbującej uwagę Rimas.

- Jesteśmy Arabami - tłumaczy Hiba. - U nas nie można obcej dziewczyny nawet dotknąć. A Rimas nie rozumie tych zasad. Lgnie do nieznajomych, także mężczyzn. Może nam przez to sprawić sporo kłopotów - kobieta milknie na chwilę. - Ale najbardziej boję się tego, że ktoś wykorzysta jej naiwność. Zrobi krzywdę. Drżę z tego powodu już dziś, choć wiem, że najgorzej będzie w przyszłości, jak Rimas stanie się kobietą.

- Może wówczas będziecie już w Syrii? - sugeruję pozytywne zakończenie dramatu uciekinierów.

- Gdzie? Po co? - jako pierwsza reaguje Malak i wyciąga zdjęcia zrobione dwa tygodnie temu na gruzach rodzinnego domu w Aleppo. Wykonali je pracownicy Czerwonego Półksiężyca, dokumentujący skalę zniszczeń prywatnego majątku mieszkańców miasta. - Kto to odbuduje, za co?

- Zostaniecie w Libanie? - pytam.

Hiba rozkłada ręce. Kilka miesięcy temu jej rodzinę zakwalifikowano do programu relokacji uchodźców. Syryjczycy mieli trafić do Francji. Wszystko szło dobrze póki nie trzeba było wyrobić zdjęcia do paszportu. Zgodnie z francuskimi wymogami, Hiba miała stanąć przed obiektywem bez hidżabu. Mąż nie wyraził zgody, szansa przepadła...

Z Libanu Marcin Ogdowski, fot. Paweł Krawczyk

*          *          *

Za pomoc w dotarciu do bohaterów tekstu dziękujemy pracownikom Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej. PCPM objął rodzinę Hiby pięciomiesięcznym programem wsparcia finansowego. Syryjczycy dostaną w sumie 641 dolarów na zakup opału na zimę.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy