Hongkong: Współpracowniczka tygodnika "Die Zeit" aresztowana

Władze w Pekinie aresztowały współpracowniczkę niemieckiego tygodnika "Die Zeit" Zhang Miao, której zarzucono "podżeganie do protestów" oraz wykonywanie zawodu dziennikarza bez zezwolenia - podały w poniedziałek chińskie władze.

Aresztowanie w ubiegły czwartek Zhang, która pomagała głównemu korespondentowi niemieckiego tygodnika w Chinach m.in. przy relacjonowaniu protestów w Hongkongu, z zaniepokojeniem przyjęły niemieckie władze.

Reklama

Rzecznik niemieckiego MSZ Martin Schaefer poinformował, że niemiecka ambasada w Pekinie jest w stałym kontakcie z chińskimi władzami w tej sprawie i próbuje oczyścić Zhang z oskarżeń, tak aby mogła dalej kontynuować pracę dla "Die Zeit".

Z kolei rzecznik chińskiego MSZ Hong Lei powiedział "Daily News", że Zhang zgodnie z prawem obowiązującym na terytorium Chin nie posiada zezwolenia na wykonywanie zawodu dziennikarza. Jak podkreślił, chińskie władze zajmują się sprawą Zhang zgodnie z przepisami. - Ta osoba jest obywatelem Chin i powinna spełniać swoje obowiązki i współpracować z organami bezpieczeństwa publicznego - powiedział Hong.

Pod koniec września w Hongkongu rozpoczęły się masowe demonstracje, oceniane jako najpoważniejsze, odkąd w 1997 r. ta była brytyjska kolonia wróciła do Chin. Protestujący domagają się reform politycznych, w tym nieingerowania Pekinu w zaplanowane na 2017 r. pierwsze w historii wybory powszechne, oraz dymisji szefa lokalnej administracji Leung Chun-ying.

Leung zapewnił po raz kolejny w niedzielę, że zamierza jednak pozostać na stanowisku i ostrzegł domagających się jego rezygnacji prodemokratycznych demonstrantów, że ich ruch wymknął się spod kontroli i nie wykluczył użycia "minimalnej siły". Podkreślił, że trwająca od ponad dwóch tygodni blokada centrum miasta, będącego najważniejszym ośrodkiem finansowym Azji, nie może trwać wiecznie.

Dodał także, że nie ma żadnych szans na to, by chińskie władze w Pekinie zmieniły sierpniową decyzję dotyczącą ograniczania demokracji w Hongkongu.

Gdy 17 lat temu ta była brytyjska kolonia wracała pod rządy Pekinu w ramach zasady "jeden kraj, dwa systemy", obiecano jej szeroki zakres autonomii, w tym politycznej. Jednak pod koniec sierpnia Pekin poinformował, że w zaplanowanych na 2017 r. wyborach szefa lokalnej administracji mieszkańcy Hongkongu będą mogli wybierać jedynie spośród dwóch lub trzech kandydatów. Wcześniej kandydaci ci zostaną zatwierdzeni przez lojalny wobec chińskich władz komitet nominacyjny.

Jak relacjonuje agencja Reutera, w stanowiącej centrum protestów dzielnicy Admiralty, w pobliżu siedziby władz, panuje obecnie atmosfera festynu. Pośród drapaczy chmur, na ulicy będącej wcześniej jedną z najbardziej ruchliwych arterii, rozstawiono ok. 200 namiotów. Setki demonstrantów spędziły tam jedną z najspokojniejszych nocy od początku protestów. Pomiędzy przemówieniami niektórzy grali na gitarach, inni grali w karty czy czytali. W prowizorycznych klasach odbywały się lekcje.

W pierwszych dniach protestów, pod koniec września, policja użyła gazu łzawiącego, by rozpędzić tłumy demonstrantów. W ubiegłym tygodniu liczba protestujących znacznie zmalała, lecz w piątek wieczorem ok. 10 tys. ludzi przyszło wysłuchać przywódców protestów, wzywających ich, by przygotowali się na długą walkę.

Choć w Admiralty panuje spokojna atmosfera, sytuacja nadal jest napięta w gęsto zaludnionym obszarze Mong Kok, gdzie w nocy z soboty na niedzielę dochodziło do starć między policją a demonstrantami.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje