Kasandryczne ostrzeżenia przed szkockim referendum

Bankierzy, finansiści, ekonomiści i biznesmeni zgodnym chórem ostrzegają, że nie tylko Szkocja, ale cała Wielka Brytania zapłaci wysoką cenę, jeśli 18 września Szkoci zagłosują w referendum za niepodległością. Oznak nerwowości przybywa.

O ile wcześniej publiczna debata wokół referendum koncentrowała się na sprawach walutowych, o tyle obecnie akcent kładzie się na skutki możliwego wyjścia Szkocji ze Zjednoczonego Królestwa dla gospodarki, zatrudnienia, handlu i usług.

Reklama

Prasa omawia raport firmy konsultingowej Cross Border Capital, z którego wynika, że zagraniczny kapitał już zaczął "głosować nogami". W sierpniu z Wielkiej Brytanii wycofano 16,8 mld funtów, co jest najwyższą sumą od kryzysu finansowego z lat 2008-09, który uderzył w największe brytyjskie banki.

Głośnym echem odbiło się też ostrzeżenie Deutsche Banku. Główny ekonomista DB David Folkerts-Landau, wchodzący w skład komitetu wykonawczego banku, ocenił, że wyjście Szkocji ze Zjednoczonego Królestwa byłoby błędem porównywalnym z decyzją o przywróceniu parytetu złota w 1925 r. Utrzymanie tego standardu okazało się dla brytyjskiej gospodarki zbyt dużym wysiłkiem.

- Choć wyjście z trwającej ponad 300 lat unii Szkocji z Anglią może wydawać się proste i tanie, taki pogląd jest zupełnie nieprawdziwy - powiedział mediom Folkerts-Landau.

"Szkockie PKB skurczyłoby się o 4-5 proc"

Inny bank, UBS, ostrzegł, że szkockie PKB skurczyłoby się o 4-5 proc. w wyniku realokacji szkockiego sektora bankowego do Londynu. Recesję idącą w parze z panicznym wycofywaniem depozytów oszczędnościowych ze szkockich banków przewiduje też bank Credit Suisse.

- Sektor finansowy odgrywa dużą rolę w gospodarce Szkocji. Kryzys z lat 2008-09 pokazał, że kraje, w których ten sektor jest dużo większy od reszty gospodarki, nie są w stanie go wyratować, gdy popadnie w kłopoty. Jeśli Bank Anglii nie pozostanie bankiem centralnym Szkocji, a są co do tego wątpliwości, to szkocki sektor finansowy nie będzie podżyrowany aktywami reszty Zjednoczonego Królestwa. Wówczas pojawi się kwestia jego bezpieczeństwa - powiedział Alan Shipman, ekonomista z Open University.

Wartość aktywów szkockiego sektora bankowego to 1 254 proc. szkockiego PKB; dla porównania sektor bankowy Islandii przed krachem z 2007 r. wynosił 800 proc. islandzkiego PKB - pisał ostatnio dziennik "The Scotsman".

Do przestróg przyłączyli się ostatnio operatorzy telefonii komórkowej, którzy przygotowali wspólne oświadczenie ostrzegające Szkotów przed perspektywą zwyżki opłat w razie odłączenia się ich kraju od Zjednoczonego Królestwa. Po stronie zwolenników zachowania status quo opowiedzieli się m.in. multimilioner Richard Branson, sieci detaliczne Marks&Spencer i Kingfisher, a także koncerny naftowe BP i Shell.

Separacja grozi zwolnieniami w administracji

Szkotów ostrzeżono też, że separacja grozi zwolnieniami w administracji, ponieważ urzędy podatkowe nie będą mogły funkcjonować w dotychczasowej formie - przepisy zabraniają przechowywania danych o brytyjskich podatnikach spoza Zjednoczonego Królestwa, tymczasem po uzyskaniu niepodległości Szkocja stałaby się osobnym państwem. Zagroziłoby to kilku tysiącom miejsc pracy.

Z podobnych powodów ze Szkocji musiałaby się ewakuować firma administrująca pożyczkami studenckimi (Student Loan Company), której właścicielem jest brytyjski rząd. Z powodu utraty brytyjskich subsydiów rządowych Szkoci musieliby też liczyć się z wyższymi opłatami za prąd i telefonię stacjonarną.

Pierwszy minister (premier) nacjonalistycznego rządu Szkocji Alex Salmond zażądał publicznego dochodzenia w związku z ujawnieniem przez pierwszego wiceministra finansów (i przeciwnika secesji) Danny'ego Alexandra, że grupy bankowe RBS i LBG przygotowały awaryjne plany realokacji aktywów na wypadek porażki unionistów w referendum. Salmond twierdzi, że brytyjski rząd celowo zaaranżował alarmistyczny przeciek, ujawniając poufną wiadomość o planach banków, zanim oficjalnie zrobiły to one same.

"Wypaczają rzeczywistość i nie mówią prawdy"

Były wiceszef rządzącej Szkockiej Partii Narodowej (SNP) Jim Sillars powiedział, że Szkocja "rozliczy się" z bankami i koncernem BP, wydobywającym ropę ze złóż na Morzu Północnym, jeśli Szkoci opowiedzą się za niepodległością.

 - Szefami tych korporacji są ludzie bogaci, będący w zmowie z równie bogatym angielskim premierem torysowskim (Davidem Cameronem, który jest synem bankiera i absolwentem elitarnej szkoły prywatnej Eton - przyp.red.). Wypaczają rzeczywistość i nie mówią prawdy, chcą, by biedni Szkoci zbiednieli jeszcze bardziej. Władza, którą wykorzystują do podkopywania naszej demokracji, skończy się, gdy Szkocja zagłosuje na "tak" dla niepodległości" - cytuje jego wypowiedź sobotni "Times".

- W niepodległej Szkocji BP zrozumie, czym jest częściowa lub pełna nacjonalizacja - tak jak zrozumiało to w innych krajach, które były wobec tego koncernu twardsze niż Szkoci, którym na to nie pozwolono - dodał. Podkreślił, że banki nie będą już mogły prowadzić spekulacji kosztem interesu ogółu i liczyć na to, że ich długi pokryją podatnicy, a zyski zatrzymają dla siebie.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje