Kolejny kraj przejmie prezydencję w UE. "Bez zaciskania pasa"

Mniej zaciskania pasa, więcej działań na rzecz rozwoju i wzrostu gospodarczego- z takimi postulatami Włochy obejmują we wtorek półroczną prezydencję w Radzie Unii Europejskiej. Premier Matteo Renzi domaga się radykalnej zmiany polityki ekonomicznej UE.

Energia i dynamizm 39-letniego szefa rządu skłania część komentatorów do opinii, że będzie to jego "autorski semestr", silnie naznaczony przez jego osobowość i podkreślaną przez Renziego pozycję "outsidera" sceny politycznej i dystans do jej skostniałych struktur.

Reklama

Były burmistrz Florencji zdobył pół roku temu szturmem przywództwo w centrolewicowej Partii Demokratycznej pod radykalnym i odważnym hasłem "złomowania" przywilejów starzejącej się , niechętnej młodym pokoleniom klasy politycznej, przywiązanej do foteli i stanowisk. Równie otwarcie i niechętnie wypowiada się teraz o targach wokół nominacji w Unii widząc w nich układy, kompromisy i walkę o "stołki", spychające na dalszy plan prawdziwe problemy oraz wyzwania wynikające z kryzysu gospodarczego. Renzi długo opierał się udziałowi w dyskusjach o tym, kto będzie następnym przewodniczącym Komisji Europejskiej. Domagał się deklaracji, że następca Jose Manuela Barroso będzie popierał działania mające służyć wzrostowi gospodarczemu i większej elastyczności finansów.

Na tym tle już doszło do pierwszych starć premiera Renziego ze zwolennikami utrzymania dyscypliny polityki budżetowej i oszczędności, zwłaszcza z rządem Niemiec.

Szef włoskiego rządu zapowiada, że program prezydencji, który przedstawi szczegółowo w środę na forum Parlamentu Europejskiego w Strasburgu, zamierza powiązać z planem gruntownych reform we Włoszech. Występując pod koniec czerwca w Izbie Deputowanych Matteo Renzi oświadczył, że Włochy muszą zaprezentować się na forum UE z pakietem przewidującym gruntowne zmiany w kraju, głównie na rynku pracy, a także wielkie inwestycje i wzięcie ostrego kursu na wzrost gospodarczy. Szef rządu powołanego w lutym dał sobie na to 1000 dni.

"Już pokazaliśmy, że jesteśmy silnym krajem, który nie idzie przewodzić Unią z kapeluszem w ręku, lecz który należy szanować"- oświadczył premier. Renzi argumentuje: "musimy przeprowadzić u siebie reformy, jeśli chcemy większej elastyczności w UE".

Według dziennika "La Repubblica" włoskim leitmotivem na forum UE do końca grudnia będą słowa premiera: "Prawdziwymi euroentuzjastami są ci, którzy chcą zmienić Unię , a nie ci, którzy chcą stać w miejscu". Rzymska gazeta zauważa, że słowami kluczami jego wystąpienia w Strasburgu będą "nadzieja" i "marzenia".

Półroczna prezydencja postrzegana jest przez władze w Rzymie jako wielka okazja i szansa przeprowadzenia oczekiwanych zmian unijnej polityki.

Za pierwszy sukces młodego szefa rządu prasa uważa uwzględnienie elastyczności finansowej w nowej 5-letniej stategii UE przyjętej na ostatnim szczycie w Brukseli. Elastyczność ma przysługiwać krajom, które przeprowadzają reformy i zobowiązuje do zwiększenia inwestycji na rzecz wzrostu. Włochy, jak zauważa prasa, znalazły sojusznika po drugiej stronie Alp i wraz z Francją chcą przedstawić na jesieni wielki pięcioletni plan inwestycji o łącznej wartości 240 miliardów euro.

"Zdecydowana większość Europejczyków jest przekonana o tym, że dotychczasowa polityka ekonomiczna nie pozwalała Unii na wzrost"- twierdzi Matteo Renzi.

Premier zapowiedział też, że jednym z najważniejszych tematów włoskiego przewodnictwa będzie sprawa nielegalnej imigracji. Rzym boryka się z tym problemem od lat i jest coraz bardziej zirytowany z powodu obojętności pozostałych krajów członkowskich. Europejskim instytucjom Włosi zarzucają zaś krótkowzroczność i składanie pustych deklaracji.

Dziesiątki tysięcy nielegalnych imigrantów, przybywających co roku na wybrzeża Italii z Afryki, to przyczyna permanentnego wręcz kryzysu humanitarnego. Rzym nie ma ani wystarczających środków finansowych, ani logistycznych, by uporać się z napływem uciekinierów, nieść pomoc tysiącom ludzi na dryfujących łodziach i jednocześnie patrolować wody Morza Śródziemnego, co obecnie czyni w ramach własnej militarnej operacji Mare Nostrum.

Dlatego rząd, wspierany przez wielu polityków opozycji, zamierza zrobić wszystko, aby na nowo napisano reguły dotyczące imigracji. Gabinet centrolewicy i centroprawicy podkreśla: należy na forum Unii uznać Morze Śródziemne za miejsce w Europie, a nie u granic jakiegoś kraju. Według strony włoskiej ratowanie ludzi próbujących dostać się na Stary Kontynent nie może być zadaniem jednego tylko państwa. Premier Renzi nie szczędzi słów krytyki pod adresem Unii mówiąc: "Bruksela zajmuje się tylko techniką połowu ryb, a odwraca głowę na widok zwłok w morzu".

Sprawę imigracji będzie forsował w najbliższych miesiącach w Unii włoski minister spraw wewnętrznych Angelino Alfano, nieprzejednany krytyk dotychczasowych działań Brukseli w tej kwestii. Ma on przedstawić wniosek, by to unijna agencja ds. granic Frontex siedzibą w Warszawie przejęła obowiązki, jakie spoczywają na Włochach patrolujących Morze Śródziemne.

Premier Włoch nie traci optymizmu w obliczu licznych postulatów, jakie chce przedstawić na progu włoskiego przewodnictwa i nie boi prób zgaszenia jego entuzjazmu.

Na internetowej stronie włoskiej prezydencji zapytał swych rodaków: "Czy nie czujecie dreszczy myśląc o tym, że mamy za zadanie zrealizować marzenie o Stanach Zjednoczonych Europy?".

Z Rzymu Sylwia Wysocka

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje