Korea po egzekucji wuja Kim Dzong Una. "Groźnie"

Egzekucja wuja dyktatora Korei Płn. Kim Dzong Una wywołała lawinę rozważań i hipotez co do stanu władz tego uzbrojonego w broń atomową kraju. Pojawiają się obawy, że to objaw groźnej destabilizacji, który utrudni rozwiązanie kwestii jego programu nuklearnego.

Rząd w Pjongjangu poinformował w piątek, że 67-letni Dzang Song Thaek, mąż ciotki Kim Dzong Una, uchodzący za drugą osobę w państwie i głównego pośrednika w kontaktach reżimu z Chinami, został skazany na śmierć i stracony.      

Reklama

Przypuszcza się, że był on zwolennikiem "drogi chińskiej", czyli wprowadzania reform rynkowych w gospodarce przy zachowaniu pełnej kontroli Partii Komunistycznej nad polityką. Stąd spekulacje o możliwym zahamowaniu reform, chociaż Pjongjang oświadczył po egzekucji, że nie zmieni polityki i popierane przez Dzanga eksperymentalne strefy ekonomiczne będą nadal rozwijane.       

Oficjalny komunikat władz północnokoreańskich oskarża Dzanga o spisek w celu przejęcia władzy od Kim Dzong Una przy wsparciu ze strony wojska. Miałoby ono stanąć po stronie Dzanga, kiedy pogorszy się sytuacja gospodarcza kraju.       

Wiadomość o egzekucji wywołała szok na świecie, zwłaszcza w Korei Południowej. Komentatorzy przewidują dalsze czystki w stalinowskim stylu, których ofiarą mają paść sojusznicy Dzanga. Wskazuje na to m.in. polecenie władz nakazujące powrót do kraju północnokoreańskich aparatczyków gospodarczych i biznesmenów przebywających w Chinach.       

Według "Los Angeles Times" krwawa rozprawa z wujem i mentorem Kim Dzong Una jest etapem "młodzieżowej rewolucji" w Korei Północnej. 30-letni dyktator przy pomocy rodzeństwa: 32-letniego brata i 26-letniej siostry zmierza do wyeliminowania zagrażających mu dygnitarzy starszego pokolenia, którzy go "nie rozumieją i nie traktują poważnie" - jak to określił cytowany przez dziennik ekspert ds. Korei Północnej Andrei Lankov.       

Analitycy przypominają, że Kim Dzong Un wyrzucił z kierownictwa rządu pięciu notabli ze starej gwardii partyjnej, a później skazał na śmierć dwóch bliskich współpracowników Dzanga. Porównują czystki do chińskiej "rewolucji kulturalnej" w latach 60. XX wieku, kiedy młodzi hunwejbini - członkowie Czerwonej Gwardii - terroryzowali i poniżali swoich nauczycieli i innych starszych przedstawicieli elit.       

Wśród hipotez na temat przyczyn egzekucji Dzanga pojawiła się nawet wersja quasi-tabloidowa. Według brytyjskiego dziennika "Telegraph" za jego aresztowaniem stoją kobiety: żona Kim Dzong Una oraz żona samego Dzanga. Ta ostatnia - córka założyciela Korei Północnej Kim Ir Sena - miała jakoby dość zdrad swego męża, który był znanym kobieciarzem. W komunikacie o jego skazaniu mówi się m.in. o jego rozwiązłym trybie życia i dystrybucji pornografii wśród współpracowników.       

Przez dwa lata rządów Kim Dzong Una ponad dwukrotnie wzrosła w Korei Północnej liczba publicznych egzekucji. Około 200 tysięcy ludzi przetrzymywanych jest w obozach koncentracyjnych w warunkach porównywanych do średniowiecznych. Szwedzki minister spraw zagranicznych Carl Bildt nazwał reżim "imperium horroru".      

Obserwatorzy zwracają uwagę, że od lat 50. w Korei Północnej nie skazywano na śmierć odsuniętych od władzy polityków wysokiego szczebla, zwłaszcza z rządzącej dynastii Kimów. Dzang był członkiem tej rodziny poprzez małżeństwo z córką Kim Ir Sena i siostrą Kim Dzong Ila, ojca obecnego dyktatora.       

Zdaniem niektórych ekspertów zaostrzenie terroru może umocnić władzę Kim Dzong Una. Część społeczeństwa może z zadowoleniem przyjąć usunięcie "skorumpowanego" polityka. Inni analitycy jednak uważają, że dojdzie teraz do gwałtownych zaburzeń reżimu, uważanego dotąd za wyjątkowo stabilny.          

"Wobec groźby nasilającego się terroru niektórzy dworzanie mogą interpretować sprawę Dzanga jako dzwonek alarmowy i pomyśleć o znalezieniu lepszego dyktatora. Kiedy zaczynają się rządy terroru, ich zakończenie łączy się zwykle z zastąpieniem osoby kata" - napisał ekspert American Enterprise Institute Nicholas Eberstadt.       

"Perspektywa rządów terroru w Korei Północnej może uruchomić nieprzewidziane konsekwencje - albo poprzez zastraszenie elit bliskich centrum władzy, albo poprzez osłabienie ich lojalności wobec systemu" - uważa ekspert Brookings Institution, Jonathan D. Pollack.       

Zaostrzenie brutalnej walki o władzę w Pjongjangu wywołało zaniepokojenie USA. Rzeczniczka Departamentu Stanu Marie Harf przestrzegła reżim północnokoreański przed  "prowokacyjnymi czynami". Nie określiła bliżej, o jakie czyny chodzi, ale obserwatorzy przypominają, że za rządów Kim Dzong Una jego kraj ogłosił - w marcu br. - że jest "w stanie wojny" z Koreą Południową i zagroził Stanom Zjednoczonym "wojną termonuklearną".       

Wojownicza retoryka spotkała się również z reakcją Chin, których prezydent Xi Jinping skrytykował kierownictwo Korei Północnej. Cytowany przez "Los Angeles Times" chiński ekspert Zhang Liang-gui powiedział: "Jesteśmy zaniepokojeni; jest tu wiele spraw, w tym kwestia północnokoreańskiej broni atomowej".       

"Istnieje możliwość, że teraz, bez Dzanga, Pjongjang będzie zajmował coraz twardsze stanowisko wobec innych narodów. Wuj Kim Dzong Una był przeciwny północnokoreańskim próbom nuklearnym i odpalaniu rakiet, twierdząc, że szkodzi to stosunkom z Chinami" - napisał analityk japońskiego dziennika "Asahi Shimbun".       

"Możliwość daleko idącej czystki w kraju uzbrojonym w broń atomową, który określa się głównie przez swoją wrogość wobec otaczającego świata, jest głęboko niekojąca. Jest pilnie potrzebne, by wszystkie sąsiadujące z nim mocarstwa i Stany Zjednoczone odbyły konsultacje w celu ograniczenia ryzyka jeszcze większego kryzysu" - podsumowuje Jonathan D. Pollack.       


Tomasz Zalewski 

Dowiedz się więcej na temat: Dzang Song Thaek

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje