Ludzie w szoku. "Klub gwałcicieli" przez lata bezkarny

Władze Nowej Zelandii zdecydowały o wszczęciu śledztwo po zarzutach, że doszło do zaniedbań podczas policyjnego dochodzenia w sprawie internetowego "klubu gwałcicieli", który wykorzystywał niepełnoletnie dziewczęta. Według medialnych doniesień, gdy jedna z ofiar zgłosiła sprawę na policję, usłyszała od funkcjonariuszy, że "sama się o to prosiła, bo miała na sobie spódnicę".

Minister Anne Tolley poinformowała, że sprawa, która wzburzyła opinię publiczną w Nowej Zelandii, była "bardzo źle prowadzona" i zwróciła się już do policyjnej komisji nadzoru o przeprowadzenia niezależnego dochodzenia.

“Uważam, że to odpowiednie postępowanie, by zapewnić ludzi, że mogą zaufać policji w tej sprawie" - powiedziała.

Reklama

Sprawa, o której mowa, dotyczy gangu młodych mężczyzn, określających się mianem “Roast Busters" (w wolnym tłumaczeniu "Pogromcy Lasek"), którzy w serwisach społecznościowych chwalili się, że odurzają alkoholem niepełnoletnie dziewczyny - niektóre nawet 13-letnie - a następnie uprawiają z nimi seks grupowy. Gwałciciele mieli nawet własny profil na Facebooku, gdzie "chwalili się" swoimi "dokonaniami".

Działająca przez kilka lat w Auckland grupa nastolatków wykorzystywała internet do poznawania nowych dziewczyn. Gdy udało im się skłonić dziewczynę do spotkania, odurzali ją alkoholem, a gdy nie była już w stanie kontrolować własnego zachowania, gwałcili ją. Swoje czyny nagrywali telefonami komórkowymi, a następnie filmy umieszczali w sieci.

Na początku tego tygodnia, gdy proceder został opisany przez media, premier Nowej Zelandii John Key określił działania gangu mianem “odrażających", ale dodał, że policji trudno było zatrzymać mężczyzn, ponieważ funkcjonariusze nie dysponowali dowodami. Funkcjonariusze wiedzieli o przestępstwach gangu od dwóch lat, ale nie mogli podjąć działań, ponieważ żadna z ofiar nie chciała zeznawać przeciwko swym gwałcicielom.

W ostatnich dniach media doniosły jednak o przypadkach przynajmniej czterech dziewcząt, które zgłosiły się na policję już w 2011 roku. Jedna z nich złożyła nawet formalne zeznanie dołączając film, który nagrali jej gwałciciele.

Reporterom, którym udało się do niej dotrzeć, powiedziała, że nie czuła wsparcia ze strony policji. Zamiast tego funkcjonariusze skoncentrowali się na tym, dlaczego ubrała spódnicę na spotkanie z chłopcami w 2011 roku.

“Powiedzieli, że nie mam wystarczających dowodów, ponieważ poszłam tam w takich ubraniach, że praktycznie sama się o to prosiłam" - opowiedziała dziewczyna, która w chwili gwałtu miała 13 lat.

Ujawniona na początku tygodnia sprawa "klubu gwałcicieli" wzburzyła opinię publiczną w Nowej Zelandii. Sytuację dodatkowo podgrzewa fakt, że jeden z chłopców jest synem oficera policji, a inny synem znanego aktora.

Dowiedz się więcej na temat: Nowa Zelandia

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje