Łukaszenka: Rosja to sojusznik, ale mamy swoje zdanie

Rosja jest sojuszniczką Białorusi, ale Mińsk ma swoje zdanie - podkreślił w piątek prezydent Białorusi Alaksandr Łukaszenka. Dodał, że jest bardzo zaniepokojony zbliżaniem się NATO do białoruskich granic.

- Jesteśmy z Rosją sojusznikami i będziemy ściśle realizować wszystkie uzgodnienia. Takie jest nasze stanowisko. Ale mamy własny punkt widzenia, który czasem może się różnić od rosyjskiego - oświadczył Łukaszenka w wywiadzie dla rosyjskich mediów.

Reklama

Białoruski prezydent powiedział, że NATO zbliża się do granic Białorusi, a to nie może jej nie niepokoić. - Nas to niepokoi dwa razy bardziej niż Rosjan, bo to są nasze granice - oznajmił. Zapewnił jednak, że "Białoruś będzie adekwatnie odpowiadać na postępowanie NATO". Zarzucił przy tym NATO, że chciało rozmieścić na Krymie swoje siły zbrojne, "a teraz są dane, że także taktyczną broń jądrową".

- Nie chcemy wojny ani z NATO, ani z innymi. Nie chcę walczyć z nikim. Próbuję przekonać Europejczyków, że nie jesteśmy agresorami i nie należy nas atakować przez internet itp. - powiedział. Dodał, że w ostatnim czasie Białoruś była trzykrotnie atakowana przez internet "kolorowymi rewolucjami".

Dodał, że żałuje, iż Białoruś zrezygnowała swego czasu z broni atomowej, by gdyby tego nie zrobiła, "nikt by nas nie popychał i nie lekceważył, jak teraz".

Łukaszenka sprzeciwił się przy tym sugestiom, że Białoruś "doi" Rosję. Wskazał, że jeśli jego kraj otrzymuje pomoc, to w odpowiedzi świadczy cały szereg usług, np. popiera Rosję na arenie międzynarodowej i zapewnia ochronę granic. - Nigdy nie przepuścimy czołgów na Moskwę - zapewnił.

Białoruski prezydent zarzucił jednak Rosji, że czasem musi domagać się z jej strony ustępstw. Przypomniał rozmowy na temat opłat eksportowych za produkty naftowe, wytwarzane w Białorusi z rosyjskiej ropy naftowej. Rosja zgodziła się w maju, by połowa tych opłat pozostawała w białoruskim budżecie, ale potem w Rosji opracowano projekt ustawy, który przewidywał znaczące zwiększenie podatku na wydobycie bogactw naturalnych.

Według Łukaszenki było do dawanie jedną ręką i odbieranie drugą. - Takie zachowanie w krajach sąsiednich często nazywa się imperialnymi ambicjami - ocenił. Ostatecznie Rosja zgodziła się, by całość opłat pozostała w budżecie Białorusi.

- Może porozmawiajmy o rekompensacie, o tym, co my, Białorusini, powinniśmy zrobić, i co już zrobiliśmy. Być może okaże się, że jeszcze powinniście dopłacić - dodał.

Łukaszenka zapewnił też, że Białoruś nie zajmuje się reeksportem do Rosji towarów żywnościowych z UE, objętych przez Moskwę embargiem, i nie zamierza się nim zajmować. - Dostarczamy do Rosji zwykłe towary. Ataki wobec Białorusi to robota lobbystów, celników albo producentów w celu zahamowania u was wzrostu cen - powiedział. Zastrzegł, że na mocy rosyjskiego embarga nie zabroniono kupować norweskiej ryby, przetwarzać jej w Białorusi i sprzedawać w Rosji.

Wyrzucał też prezydentowi Rosji Władimirowi Putinowi, że powiadomił go o dekrecie w sprawie embarga dopiero dzień przed jego podpisaniem. - To było niespodziewane. Gdyby nas uprzedzono wcześniej, przygotowalibyśmy się na granicy. Walnęli ten dekret, a (na granicy) stoją setki ciężarówek z już opłaconymi przez was towarami - powiedział.

- Sankcje jutro zniosą, a wy z kim będziecie współpracować? - zapytał.

Dodał jednak, że powstała sytuacja odpowiada Białorusi, bo miała ona 20 proc. towarów, dla których szukała zbytu, a teraz może sprzedać je do Rosji.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje