Madame Trierweiler, czyli trudne początki Pierwszej Damy

Towarzyszka prezydenta Francois Hollande'a Valerie Trierweiler jest pierwszą w historii Francji Pierwszą Damą żyjącą z szefem państwa bez ślubu. Jak do tej pory 47-letnia Francuzka ma niemało kłopotów z opanowaniem nowej roli i zdobyciem sympatii rodaków.

Obecny prezydent zna młodszą od siebie o 11 lat Trierweiler od dawna, jednak romans tej pary zaczął się kilka lat temu. Hollande, ówczesny szef socjalistów, dzielił wtedy jeszcze życie z inną liderką tej partii, Segolene Royal. Odkrycie wspomnianego romansu przez Royal spowodowało w 2007 roku rozpad jej związku z Hollande'em, który trwał ponad ćwierć wieku. Oboje doczekali się wspólnie czworga dzieci. W 2008 roku przywódca Partii Socjalistycznej i Valerie Trierweiler ujawnili swój związek.

Reklama

Hollande, który rzadko mówi publicznie o swoim życiu prywatnym, opowiadał w październiku 2010 roku magazynowi "Gala" o swojej nowej partnerce: "To wyjątkowe szczęście odnieść sukces w życiu osobistym i spotkać kobietę swojego życia. Ta szansa może umknąć, ale mnie udało się ją schwytać".

Trierweiler jest Francuzom postacią dobrze znaną od lat: jej twarz i nazwisko nie schodzą od dawna z telewizyjnych ekranów i z gazetowych kolumn. Od 2005 roku przez siedem lat atrakcyjna prezenterka prowadziła wywiady z politykami w prywatnej stacji Direct 8. Dużo wcześniej - bo już w końcu lat 80. - zaczęła trwającą do dziś współpracę z popularnym tygodnikiem "Paris Match", najpierw z jego redakcją polityczną, a potem kulturalną. Nie zrezygnowała z pisania felietonów literackich dla tego czasopisma mimo triumfu w maju br. Hollande'a w wyborach prezydenckich.

Towarzyszka prezydenta Francji, która ma troje dzieci z poprzedniego związku, twierdzi, że musi kontynuować pracę w dziennikarstwie, aby zachować finansową niezależność. "Moje dzieci są na moim utrzymaniu i nie wiem, jak mogłabym dać sobie radę bez własnych zarobków" - wyjaśniła w jednym z wywadów.

Nie wszystkim jednak postawa Trierweiler się podoba; także otoczenie prezydenta krytykuje ją za to, że nie zawiesiła zawodu, przez co naraża się na zarzut konfliktu interesów.

Francuzi z ciekawością śledzą poczynania Pierwszej Damy, o czym może świadczyć to, że tylko do października br. ukazały się w kraju cztery książki o niej lub o jej rywalizacji z Segolene Royal. Z drugiej strony Trierweiler nie budzi jak dotychczas sympatii Francuzów.

Według sondażu ośrodka Harris Interactive opublikowanego w październiku w piśmie "VSD", tylko 29 proc. badanych oceniło pozytywnie następczynię Carli Bruni-Sarkozy. Nieprzychylnego zdania było o niej natomiast 67 proc. pytanych. 44 proc. uznało, że towarzyszka prezydenta zajmuje zbyt wiele miejsca w życiu publicznym, a 42 proc. - że wizerunek Francois Hollande'a ucierpiał wskutek epizodów z jego życia prywatnego.

Skąd tak niskie notowania Pierwszej Damy wśród rodaków? Nie chodzi najwyraźniej o to, że pierwsza para w państwie żyje w konkubinacie. Według niedawnego sondażu ośrodka Ifop dla pisma "Point de vue" 73 proc. Francuzów uważa, że pozamałżeński związek nie odbiera pani Trierweiler prawa do noszenia tytułu Pierwszej Damy.

Nikt nie ma wątpliwości, że wizerunek Trierweiler nadszarpnęła najbardziej tzw. afera twitterowa w czerwcu br. Trierweiler opublikowała wtedy - tuż przed wyborami parlamentarnymi - wpis na swoim Twitterze, w którym wsparła wyborczego rywala Segolene Royal. Sprawa wywołała burzliwe reakcje i konsternację prezydenta, gdyż Royal była oficjalną kandydatką Partii Socjalistycznej.

Opinia publiczna we Francji odebrała zgodnie "tweeta" Trierweiler jako przejaw załatwiania przez nią osobistych porachunków z ekspartnerką Hollande'a.

Negatywny dla Pałacu Elizejskiego rozgłos tej sprawy był tak duży, że spowodował kilkutygodniowe medialne milczenie madame Trierweiler. Przestała ona także w tym czasie towarzyszyć prezydentowi w oficjalnych wizytach państwowych, co oceniono jako "karę" jej za mieszanie życia prywatnego i publicznego.

Dopiero jesienią tego roku Trierweiler ponownie pojawiła się u boku szefa państwa, m.in. podczas jego wrześniowej podróży do USA czy grudniowej wizyty oficjalnej w Algierii. U boku partnera gościła dzieci z ubogich rodzin na tradycyjnym przyjęciu gwiazdkowym w Pałacu Elizejskim.

Francuska prasa zauważa, że o ile na początku kadencji Hollande'a jego towarzyszka życia okazywała raczej niechęć do oficjalnych ceremonii związanych z niepisanymi obowiązkami Pierwszej Damy, to teraz widać pewną zmianę.

Jeszcze w maju, zaraz po prezydenckim triumfie Hollande'a, Trierweiler powiedziała brytyjskiemu "The Times", że, choć nie będzie unikać pełnienia roli reprezentacyjnej u boku szefa państwa, to nie zamierza być tylko "maskotką". Zaznaczyła wtedy, że w roli Pierwszej Damy chce się bardziej inspirować takimi wyrazistymi politycznie osobistościami, jak Danielle Mitterrand czy Hillary Clinton niż inne odpowiedniczki, pozostające w cieniu swoich mężów: Carla Bruni-Sarkozy lub Bernadette Chirac.

Jednak z czasem Trierweiler zdaje się akceptować coraz bardziej fakt, że rola Pierwszej Damy wymaga wyrzeczeń, usunięcia się w cień i rezygnacji z części osobistych i zawodowych ambicji.

W grudniowym wywiadzie dla "Le Monde" Trierweiler wyznała, że przez pierwsze pół roku od wyboru Hollande'a "nieświadomie odrzucała" swoją nową rolę, nim pogodziła się z myślą, że musi "stać się osobą publiczną".

Trierweiler podkreśla teraz, że - podobnie jak jej poprzedniczki we Francji - chce zająć się działalnością charytatywną. Jest już ambasadorką założonej przez Danielle Mitterrand Fundacji France Libertes, broniącej praw człowieka na świecie. Zapowiedziała, że zamierza stworzyć także własną fundację spieszącą na pomoc dzieciom ulicy.

Pytana przez "Le Monde" o polityczne ambicje, Valerie Trierweiler odparła, że nie wpływa w żaden sposób na decyzje prezydenta i że do tej pory "tylko trzy razy była w jego gabinecie". "Nigdy nie zapuszczam się do części (Pałacu Elizejskiego), gdzie sprawuje się władzę" - zastrzegła towarzyszka prezydenta. Dodała zarazem, że podziela z Hollande'em lewicowe poglądy i że będzie miała zapewne okazję wyrazić je publicznie "pewnego dnia", gdy już skończy się dla niej epoka bycia Pierwszą Damą.

Według mediów nad Sekwaną, fachowcy od wizerunku liczą na to, że przemiana "krnąbrnej" madame Trierweiler w bardziej tradycyjną Pierwszą Damę poprawi także notowania samego prezydenta, borykającego się z brakiem społecznego poparcia.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje