Mer Toronto w coraz większych opałach związanych z narkotykami

Sytuacja mera Toronto Roba Forda jest ostatnio jednym z głównych tematów w kanadyjskich mediach. Po podejrzeniach o palenie cracku, szczególnie niebezpiecznej formy kokainy, pojawiły się nowe - o zamieszanie w handel narkotykami.

W weekendowym wydaniu dziennik "The Globe and Mail" opisał rezultaty trwającego półtora roku dziennikarskiego śledztwa, z którego wynika, że obecny mer Toronto i jego rodzeństwo w latach 80. handlowali haszyszem.

Gazeta powołuje się na kilku anonimowych rozmówców, którzy znali Forda i jego rodzeństwo. Są wśród nich dostawcy, uliczni dealerzy i nabywcy. Niektórzy z nich - jak podał dziennik - kupowali haszysz bezpośrednio od obecnego mera.

Reklama

Artykuł "The Globe and Mail" ukazał się ponad tydzień po skandalu wywołanym przez gazetę "Toronto Star", którego dziennikarze widzieli film, na którym rzekomo widać Forda palącego crack. Amerykański plotkarski portal Gawker.com, który również opisał to nagranie, zebrał 200 tys. dolarów, które właściciel filmu chciał otrzymać za jego udostępnienie. Problem jednak w tym, że od kilku dni Gawker.com stracił kontakt z osobą posiadającą nagranie.

Po ukazaniu się pierwszego artykułu Ford określił doniesienia mediów jako nieprawdziwe i "śmieszne". Po tygodniu oficjalnie oświadczył, że "nie używa cracku i nie jest od niego uzależniony". Zaprzeczył też istnieniu nagrania.

Jednak we wtorek w mediach pojawiła się informacja, że jego współpracownicy zostali powiadomieni, gdzie prawdopodobnie znajduje się film. Jak podawały dzienniki "Star" i "The Globe and Mail", informację tę przekazano również byłemu już szefowi zespołu współpracowników mera, który miał o sprawie powiedzieć policji.

Dotychczas nikt z rodzeństwa Fordów (poza Robem i Dougiem, jest również siostra Kathy i brat Randy) nie wniósł do sądu sprawy przeciw dziennikarzom. Natomiast w miniony weekend w paśmie programowym, które w jednym z torontońskich rozgłośni prowadzą mer i jego brat-radny, obaj skarżyli się na prasową nagonkę, określając dziennikarzy wyjątkowo niewybrednymi epitetami.

Ponadto Rob Ford zaczął mieć również problemy ze współpracownikami. W ubiegły czwartek zwolnił szefa swojego zespołu współpracowników w ratuszu. W poniedziałek zaś pojawiła się informacja, że z pracy zwolnili się także sekretarz prasowy mera i jego zastępca.

Na dodatek w ub. tygodniu mer, który był głównym trenerem szkolnej drużyny futbolu amerykańskiego Don Bosco Eagles (jest szefem fundacji finansującej tę drużynę), został zwolniony ze stanowiska.

Całą sprawą, choć na razie bardzo ogólnie, zaczęła interesować się policja. Według telewizji CBC policjanci mieli rozmawiać z przynajmniej jednym pracownikiem mera w sprawie nagrania.

Ford jest merem największego kanadyjskiego miasta od ponad dwóch lat. Wygrał wybory głównie głosami konserwatywnych przedmieść i mniej zamożnych mieszkańców, którzy uwierzyli w hasła o potrzebie ukrócenia polityki "ciepłych posadek" w mieście. Niedługo po objęciu stanowiska przez Forda okazało się, że w Toronto nie ma rozdawnictwa stanowisk i lukratywnych kontraktów, a więc nie ma na czym oszczędzać. Ford stał się pośmiewiskiem dla wielu mieszkańców w związku ze swoimi pomysłami zamykania bibliotek w ramach oszczędności.

W listopadzie ub.r. został skazany przez sąd na utratę urzędu w związku z zarzucanym mu konfliktem interesów. Ostatecznie, dzięki korzystnej interpretacji wyroku, Ford nie musiał ustępować ze stanowiska.

Zagorzałych zwolenników mera nazywa się w Toronto "Ford Nation" (Lud Forda). Popularność polityczna przyniosła mu dobre kontakty z obecnym premierem Kanady i jednocześnie szefem rządzącej partii konserwatywnej Stephenem Harperem.

Z Toronto Anna Lach

Dowiedz się więcej na temat: Rob Ford | toronto | narkotyki

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje