Nie udało się wygasić buntu w ośrodku dla uchodźców w Charmanli

Od czwartku rano trwa protest w ośrodku dla uchodźców w bułgarskim mieście Charmanli; bierze w nim udział blisko 2 tys. migrantów. Protestujący spowodowali spore zniszczenia. Telewizja publiczna ocenia, że buntu nie da się wygasić w nocy z czwartku na piątek.

Uchodźcy podpalili materace, stołówkę i nowy ośrodek medyczny, zbudowany za środki unijne. Doszło do starć z policją, która - uzbrojona w pałki, tarcze i armatkę wodną - wkroczyła do ośrodka. Czterech policjantów zostało rannych. Z trudem udało się wywieźć stamtąd około stu bułgarskich pracowników.

Reklama

Do Charmanli ściągnięto oddziały policji z czarnomorskiego portu Burgas i położonego na południu miasta Kyrdżali. Na pytanie o to, jak wielu policjantów i żandarmów jest w ośrodku, dyrektor policji Christo Terzijski odpowiedział: "Wystarczy".

Na miejsce udała się dyrektor Państwowej Agencji ds. Uchodźców Petia Pyrwanowa, by podjąć negocjacje z protestującymi. Po pierwszym spotkaniu z nimi powiedziała, że migranci, w przeważającym stopniu Afgańczycy, domagają się otwarcia granicy z Serbią i umożliwienia im wyjazdu na Zachód. "Tego żądania spełnić nie możemy" - podkreśliła.

Według telewizji publicznej konflikt w ośrodku daleki jest od rozwiązania i nie należy liczyć, że nastanie tam spokojna noc.

Prokuratura wszczęła dochodzenie w sprawie podpaleń w ośrodku i agresywnego zachowania uchodźców.

Bezpośrednim powodem buntu jest wprowadzony w zeszły piątek zakaz wychodzenia poza teren należący do ośrodka. Centrum w Charmanli to największy taki ośrodek w kraju; obecnie przebywa tam ponad 3,1 tys. osób. Niewielka część z nich to rodziny syryjskie, ale większość to młodzi mężczyźni z Afganistanu, Pakistanu i Iraku.

Władze zabroniły uchodźcom wychodzić do miasta po demonstracjach miejscowej ludności, obawiającej się chorób zakaźnych. Przez dłuższy czas władze ośrodka i Państwowej Agencji ds. Uchodźców zaprzeczały, jakoby w ośrodku stwierdzono świerzb i niebezpieczną pasożytniczą chorobę - leiszmaniozę. Jednak ostatnio władze przyznały, że odnotowano kilkadziesiąt przypadków świerzbu oraz pojedyncze zachorowania na leiszmaniozę i malarię.

W ubiegłym tygodniu Petyr Moskow, pełniący - po dymisji rządu - obowiązki ministra zdrowia, zarządził, że migranci nie mogą opuszczać ośrodka, i zlecił przeprowadzenie tam badań dermatologicznych. Nie jest jasne, jak długo one potrwają, zważywszy że w ośrodku jest tylko dwóch lekarzy, którzy pracują dwa dni w tygodniu. Gdy w centrum wybuchł bunt, Pyrwanowa poinformowała, że grupa lekarzy, która ma wykonać badania, przybędzie tam w przyszłym tygodniu.

Gabinet premiera Bojko Borysowa jest rządem tymczasowym, odkąd 16 listopada parlament przyjął jego dymisję, co spowodowało kryzys polityczny. Wybory parlamentarne mają się odbyć za kilka miesięcy.

Z Sofii Ewgenia Manołowa

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje