Niepodległa na papierze, ale niepodległa

Przez te wszystkie lata Łukaszenka osiągnął tyle, ile pozwoliła mu Moskwa. Bądźmy też szczerzy – nie jest on prezydentem narodu, który rwie się do Europy i pełnej suwerenności.

Artykuł pochodzi z portalu Nowa Europa Wschodnia

Reklama

Celebrujący ćwierćwiecze niezależności byłych republik radzieckich zapominają, że w wielu przypadkach owa niepodległość wcale nie była efektem usilnych dążeń tamtejszych społeczeństw i elit. Niektórym spadła ona na głowy całkiem nieoczekiwanie. Tak było w przypadku Białorusi, która obchodzi dziś dwudziestą piątą rocznicę ogłoszenia niepodległości. Elity republiki podczas puczu Janajewa zachowały się - mówiąc delikatnie - bardzo tchórzliwie, część wręcz popierała puczystów. Gdy Rosjanie z Borysem Jelcynem na czele powstrzymali Giennadija Janajewa i jego towarzyszy, Białorusini wystraszyli się możliwych konsekwencji - bali się, że teraz nowe władze w Moskwie będą się mścić. Najlepszym wyjściem okazała się więc "ucieczka do przodu" i uchwalenie niepodległości.

Owszem, w parlamencie białoruskiej republiki była garstka patriotycznie zorientowanych deputowanych, ale to nie ich głosy zdecydowały o niepodległości kraju. Zdecydował koniunkturalizm komunistów.

Takie narodziny państwa niosą za sobą konsekwencje. Białorusini nie byli zachwyceni rozpadem Związku Radzieckiego, który kojarzył im się przede wszystkim z państwem opiekuńczym, dlatego trzy lata później wybrali Aleksandra Łukaszenkę obiecującego im powrót do przeszłości. To oczywiście okazało się niemożliwe, ale stworzono iluzję, która trzyma się zadziwiająco dobrze.

Patrząc na mapę Europy Wschodniej widzimy Białoruś wciśniętą między Polskę i Rosję. Ale można popatrzeć też na Białoruś jako państwo położone między krajami bałtyckimi a Ukrainą. Taki kontekst jest lepszy, bo dzięki niemu widać osiągnięcia i niepowodzenia Białorusinów. Zacznijmy od tych drugich.

Nie weszła więc Białoruś ani do Unii Europejskiej, ani do NATO. Nie zreformowała gospodarki, ani nie zbudowała demokracji z prawdziwego zdarzenia. To wszystko udało się Bałtom.

Pytanie tylko, czy w przypadku Białorusi było to możliwe. Białorusini nie mieli poważnych tradycji państwowych, a przez Rosjan są traktowani jako część russkogo mira. Kreml bardzo niechętnie zgodził się na przyłączenie się Bałtów do Zachodu - i ciągle próbuje je podważać. Natomiast jeśli chodzi o Białoruś, tu nie byłoby żadnej dyskusji. Gdyby tylko państwo to spróbowało wyrwać się z objęć Moskwy, podzieliłoby los Ukrainy: czekałaby je wojna i aneksja (co najmniej) części terytorium.

Tymczasem Białorusinom, którzy wciąż żyją traumą II wojny światowej, udało się przeżyć dwadzieścia pięć lat w spokoju. To dużo. I to jest największy sukces tego narodu. Dodajmy, że przeżyli ten czas lepiej i dostatniej niż wielu Rosjan czy Ukraińców.

Cena za to jest spora. Rządzący twardą ręką Aleksander Łukaszenka zniszczył opozycję, łamał prawa człowieka, być może stoi nawet za morderstwami politycznymi - to po pierwsze. Po drugie, białoruskie państwo opiekuńcze trzymało się tylko dzięki tanim rosyjskim surowcom. Kryzys w Rosji odbija się teraz niekorzystnie na warunkach życia na Białorusi. Po trzecie, Łukaszenka w zamian za surowce i kredyty oddawał Rosjanom kolejne elementy niepodległości państwa.

Można zaryzykować stwierdzenie, że Białoruś niepodległa jest właściwie tylko na papierze. Jej gospodarka, armia - wszystko to znajduje się niemalże pod kontrolą Rosjan. Łukaszence pozostawiono pewne pole manewru w polityce wewnętrznej oraz zagranicznej - nie musi popierać wszystkich awantur, w które ładuje się Moskwa. Brzmi to smutnie.

Być może jednak nie jest to wcale tak mało. Baćka osiągnął tyle, ile pozwoliła mu Moskwa. Bądźmy też szczerzy - nie jest on prezydentem narodu, który rwie się do Europy i pełnej suwerenności i który taki wybór swojego przywódcy byłby gotów obronić.

Papiery i dokumenty świadczące o niepodległości Białorusi są jednak podpisane i uznane przez społeczność międzynarodową. Przez te dwadzieścia pięć lat zdążyły pewnie nawet pożółknąć.

Jeśli zmieni się światowa koniunktura, jeśli Rosja - w wyniku wewnętrznych zawirowań - choćby na chwilę straci kontrolę nad regionem, otworzy się okienko możliwości dla Białorusinów. Dziś, gdy Władimir Putin rozpycha się na arenie międzynarodowej, gdy bombarduje cele w Syrii, scenariusz załamania się Rosji wydaje się mało realny.

Gdyby jednak tak się stało, obecna białoruska państwowość byłaby dobrym punktem startu - zdecydowanie lepszym niż ta w 1991 roku. Oczywiście pod warunkiem, że sami Białorusini chcieliby wziąć odpowiedzialność za własne państwo.

Andrzej Brzeziecki; redaktor naczelny "Nowej Europy Wschodniej"

Dowiedz się więcej na temat: Białoruś

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje